Węgry- studnie, słoneczniki i rowery

Share on facebook
Facebook
Share on google
Google+
Share on twitter
Twitter
Share on email
Email

Węgry, podobnie jak Słowację, traktujemy jako drogę na Bałkany i pędząc przed siebie w skwarze słońca staramy się nie tracić czasu aby jak najszybciej dostać się do granicy z Rumunią. Siłą rzeczy jednak, przemierzając węgierskie równiny udaje mi się poczynić kilka interesujących obserwacji na temat tego kraju

Węgierskie równiny i słoneczniki

Większą część powierzchni Węgier stanowią rozległe równiny, co sprawia, że podróż szybko staje się monotonna i nużąca. Kraj ten słynie z dobrego wina, a ukształtowanie terenu i ciepły klimat stwarzają doskonałe warunki do uprawy winorośli. Rozglądając się naokoło, widzimy jednak głównie bezkresne pola słoneczników, poprzegradzane girlandami kabli elektrycznych, zawieszonych na wysokich słupach. Nic dziwnego, że waleczne plemiona Madziarów, opuściwszy między V a IX wiekiem stepy poduralskie, zdecydowały osiedlić się właśnie tu, na rozległych równinach Kotliny Panońskiej.

Madziarowie

Te koczownicze ludy, będące przodkami dzisiejszych Węgrów postanowiły wykorzystać lokalne ukształtowanie terenu, by krainę tą ustanowić swoją bazą wypadową- było tu wystarczająco dużo przestrzeni do wypasania stad koni, stanowiących środek transportu dla madziarskich wojowników. Szybcy i mobilni, wyposażeni w zakrzywione szable jeźdźcy siali postrach w ówczesnej Europie, a ich wyprawy łupieżcze docierały nawet na tereny dzisiejszej Hiszpanii czy Cesarstwa Bizantyńskiego. Przez stulecia waleczna węgierska jazda stanowiła wzór dla innych krajów Europy. Podobnie węgierska broń- szabla okazała się na tyle skuteczna, aby zdobyć popularność wśród niezliczonych narodów, a dla Polaków stać się symbolem stanu szlacheckiego.

Studnia w każdej wiosce

Studnia w węgierskiej wiosce

Wybawieniem od dającego się we znaki upału stają się dla nas proste, pomalowane niebieską farbą rury, wystające z poboczy dróg w każdej węgierskiej wiosce. Studnie! Stanowią źródło wody pitnej, pozwalają ochłodzić rozpalone słońcem ciało i umożliwiają zrobienie prowizorycznego prania. Są one dostępne dla wszystkich, gdyż znajdują się poza posesjami, na skraju drogi. To duże ułatwienie, pedałując w wynoszącym ponad trzydzieści stopni upale, tracimy bardzo duże ilości życiodajnego płynu. Nic dziwnego, że po raz pierwszy napotkawszy takie niespodziewane źródło orzeźwienia, puściwszy pompę w ruch, oddaliśmy się niczym nieskrępowanej ablucji. Potem poczęliśmy napełniać chłodną wodą nasze trzewia i uzupełniać zapasy w bidonach. Podobne wykwity studziennej radości, choć może nie tak intensywne towarzyszyły nam już przez całe Węgry.

Bariera komunikacyjna

Po raz pierwszy dała się nam we znaki właśnie przy pierwszej studni, kiedy nie mając jeszcze żadnej wiedzy na temat jakości miejscowej wody, próbowaliśmy zasięgnąć informacji u źródła, tj. u pierwszej napotkanej wiejskiej babci. Niestety bariera w komunikacji pomiędzy reprezentantką języka ludów Ugrofińskich, mówiącą w swoim dialekcie, tak odmiennym od wszystkiego, co znane nam, Indoeuropejczykom, okazała się nie do przebicia. Na prowincji nie ma sensu liczyć na znajomość angielskiego, a ponieważ Węgierski nie ma żadnych konotacji z innymi językami Europy (poza fińskim i estońskim, jeśli ktoś przypadkiem zna…) to próżno jest szukać jakichkolwiek analogii, a jedynym sposobem porozumienia pozostają pantomimiczne kalambury…

Węgierskie miasteczka pełne rowerów

węgierskie miasteczko

Na uwagę zasługują też tutejsze miasteczka, bardzo urokliwe, z wąskimi brukowanymi uliczkami i specyficzną architekturą, którą można zauważyć także w niektórych miejscowościach południowej części Polski- tam gdzie w przeszłości znajdowały się skupiska osadnictwa węgierskiego. Wjeżdżamy do jednego z nich, mijając charakterystyczne niskie domki, których fasady wychodzą prawie bezpośrednio na ulicę. Jest tu bardzo czysto i schludnie, wszędzie dużo zieleni, a z czarnych, zdobionych latarni ulicznych zwisają w doniczkach kolorowe kwiaty.

rower listonosza

Pod niewielkimi sklepikami zauważyć można najróżniejsze rodzaje rowerów, które ze względu na spłaszczoną topografię kraju cieszą się tutaj niemałą popularnością. Mamy okazję podziwiać różnorodność tych pojazdów, wykorzystywanych tutaj, jako środek transportu towarów równie chętnie, jak samochody. Co ciekawe rekordy zainteresowania biją rowery elektryczne, u nas dopiero nieśmiało zjednujące sobie pierwszych wielbicieli, na Węgrzech w użyciu są od lat. Szczególnie lubiane wydają się w gronie wiejskich emerytów, którym brak przymusu pedałowania znacznie ułatwia konieczność poruszania się na jednośladzie.

elektryczny rower

Pedałujemy tak przez miasteczka i porośnięte słonecznikami połacie, w kraju Madziarów spędzając dwie noce. Raz wyjątkowo dopisuje nam szczęście. Znajdujemy modre jezioro pośrodku niewielkiego lasu. Woda jest ciepła, korzystamy z okazji, żeby się porządnie wykąpać, to także możliwość zrobienia prania. Obok jeziora znajduje się drewniana wiata, pod którą rozwieszamy mokre ubrania, są stoliki i ławki- prawdziwy luksus. Korzystamy z tych niecodziennych wygód, przyrządzając kolację i jedząc w ludzkich warunkach, Marcin wyciąga radio na baterie, urządzamy sobie małą imprezę. Nocleg ten, podobnie jak pierwsza noc ze Słowakami, na długo zapadnie nam w pamięci i nie raz powracać będziemy tu myślami w momentach, gdy okoliczności przyrody nie będą już dla nas tak łaskawe. Rankiem ciężko zebrać się i opuścić to przyjazne miejsce, jednak trzeba jechać, czeka na nas Rumunia.nocleg nad jeziorem - węgry

W trakcie podróży mijamy ciężarówkę, wypełnioną arbuzami, uśmiechnięty Węgier zaczepia mnie, trzymając w ręku obły, zielony owoc.  Wygląda na to, że postanowił nas nim obdarować, gestami pokazuje, iż uważa, że powinienem zjeść arbuza, jestem taki chudy… pakuję kilkukilogramową kulę na bagażnik i, podziękowawszy, ruszamy dalej, wypatrując miejsca, w którym w spokoju raczyć moglibyśmy się soczystym posiłkiem, wybieramy szkolne boisko na skraju wsi.

wcinamy arbuza

Nasza wizyta na Węgrzech wkrótce dobiega końca, pedałujemy ile sił nogach w stronę Oradei. Tam przekraczamy granicę Węgiersko-Rumuńską, towarzyszy nam długi sznur ciężarówek czekających na odprawę celną a pierwsze widoki na Rumunii nie nastrajają optymizmem- wzdłuż drogi ciągną się ruiny opuszczonych zakładów przemysłowych, których kominy niczym majestatyczne, ceglane tyczki wyznaczają nam szlak w głąb kraju…

Czy post był pomocny?

Kliknij gwiazdkę, by ocenić.

Średnia ocena 0 / 5. Liczba głosów: 0

Brak ocen. Możesz być pierwszy...

Udostępnij Post:

Share on facebook
Facebook
Share on google
Google+
Share on twitter
Twitter
Share on email
Email
Artur Bowsza

Artur Bowsza

Czołem! Jestem twórcą serwisu Życie w Namiocie. Jeżeli podobają Ci się moje teksty, koniecznie zajrzyj tu jeszcze kiedyś. A jeśli pragniesz znaleźć więcej ludzi dzielących pasję do podróży, dołącz do naszej gupy na facebooku:

Podróże i Przygoda

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Życie w Namiocie logo

Jeżeli uważasz, że ze wszystkich potraw najlepiej smakuje przygoda, a serce bije Ci mocniej na myśl o kolejnej podróży w nieznane, Życie w Namiocie to miejsce dla Ciebie!

Najnowsze Wpisy

Filmy

Marin Four Corners - wideorecenzja Stojak serwisowy z Lidla - wideorecenzja

Życie w Namiocie na Facebooku