Rumunia – szaleni kierowcy, dzikie góry i urocze osiołki

Share on facebook
Facebook
Share on google
Google+
Share on twitter
Twitter
Share on email
Email

Wśród wszystkich krajów Unii Europejskiej Rumunia zajmuje niechlubne drugie miejsce pod względem liczby śmiertelnych wypadków drogowych (konkurując z Bułgarią) i sunąc rowerami wzdłuż tutejszych dróg, nie trudno zrozumieć co jest przyczyną takiego stanu rzeczy. Panuje tutaj typowo wschodnie, brawurowe podejście do kierowania wszelkimi pojazdami, z dość swobodnym stosowaniem się do przepisów ruchu drogowego. W połączeniu z dużą ilością krętych, górskich dróg i pojazdami, których stan techniczny niekoniecznie pozwala na w pełni bezpieczną jazdę, daje to takie, a nie inne rezultaty.

Szaleni rumuńscy kierowcy

rumuńscy kierowcy

Kierowcy rzadko zawracają sobie głowę zwalnianiem na serpentynach, zakręty należy tutaj ścinać bez względu na to, co może czaić się po drugiej stronie. Widząc grupę gramolących się rowerzystów, kierowcy starają się wprowadzić w życie znane tylko sobie procedury bezpieczeństwa. Co w rozumieniu Rumunów nie znaczy bynajmniej zachowania bezpiecznej odległości i zredukowania prędkości przy wyprzedzaniu. Zamiast tego zaczynają katować klakson. W zasadzie należałoby być im wdzięcznym przynajmniej za ten jeden drobny gest, dzięki któremu wiemy, że kierowca nas widzi, a sami dostajemy informację: uwaga samochód! Jednak dziennie mijają nas dziesiątki, jeśli nie setki pojazdów i proszę sobie wyobrazić, że prawie każdy, zbliżając się do naszej rowerowej karawany nagle wydaje z siebie przeciągłe TUTUTU!-TUTUTU! Po pewnym czasie zaczynam darzyć ten dźwięk najszczerszą nienawiścią, a klaksonowe pozdrowienia coraz częściej kwituję pod nosem soczystym, polskim Pi***ol się! Niestety ten irytujący zwyczaj ciągnie się przez prawie całe Bałkany (tracąc na sile w typowo turystycznych Czarnogórze i Chorwacji), najbardziej doskwiera jednak na Rumunii, gdzie ruch samochodowy jest jeszcze stosunkowo duży.

Drogi na Rumunii

Drogi na Rumunii

Obracamy korbami i podskakując ze strachu, zaskakiwani czasem przez dźwięki klaksonów pniemy się w górę po serpentynach. Drogi, wbrew temu, czego się spodziewałem, prezentują się całkiem dobrze. Oczywiście daleko im do standardów Europy Zachodniej, niemniej stan nawierzchni porównywalny jest do tego, co znamy na co dzień z Polski. Rzecz jasna tyczy się to dróg głównych, szlaków komunikacyjnych łączących większe miejscowości. Wystarczy zjechać z takowych na prowincję, by doświadczenia stały się zgoła odmienne, dziury, koleiny, pęknięcia i nierówności dość często przyozdabiają nawierzchnie dróg małych wsi. Co ciekawe, jadąc często napotykamy roboty drogowe, wciąż budowane są nowe szosy, a stare się remontuje. Rumunia niewątpliwie się rozwija.

Piękne i dzikie góry

Na Rumunii szosy często prowadzą po górach, a większość naszej trasy biegnie przez Karpaty i Wyżynę Transylwańską. Góry są dzikie i piękne, zajmują 31% powierzchni kraju. Widoki zapierają dech w piesiach (podobnie jak konieczność wtaczania pod górę wyładowanego piętnastokilogramowym bagażem roweru), więc raz po raz zatrzymujemy się, by zaczerpnąć powietrza, przekąsić coś i kontemplować przyrodę. Za przekąski służą nam głównie słodycze, bogate źródło węglowodanów, pozwalające zachować energię tak potrzebną przy wymagających podjazdach. Hitem są tutaj ciasta, które nazywam rulonami– rolady pakowane w prostopadłościenne kartony, długością idealnie odpowiadające szerokości mojej torby na kierownicę. Są słodkie i tanie, a do wyboru mamy wiele smaków, nić więc dziwnego, że zajadamy się nimi przy każdej okazji, a zmęczony organizm domaga się cukru do tego stopnia, że naraz jestem w stanie pochłonąć ponad połowę przeraźliwie słodkiego rulona.

Niedźwiedzie w rumuńskich Karpatach

niedźwiedź

Rumuńskie Karpaty uchodzą za jedne z najdzikszych i najbardziej urokliwych gór w Europie. Słabo zaludnione, są tutaj takie miejsca gdzie pieszy wędrowiec, idąc cały dzień nie natrafiłby na żadną wioskę, a może nawet nie spotkał innego człowieka. W górach natknąć się można na dzikie zwierzęta, niektóre z nich, takie jak wilki czy rysie w Polsce należą do rzadkości. Na Rumunii żyje też największa w Europie populacja niedźwiedzia brunatnego, licząca ponad pięć tysięcy osobników (!) to bardzo dużo, dlatego też obozując na dziko staramy się zachować rozsądne minimum bezpieczeństwa– worki z jedzeniem zawieszamy na drzewach, w pewnej odległości od obozowiska, podobnie naczynia po kolacji składujemy w bezpiecznej odległości. Tak czy inaczej, żadnego miśka nie spotykamy…

Rumuńska wieś

rumuńska wieś

Przetaczając się przez rumuńską prowincję, oglądamy świat, w którym czas płynie wolniej. Rumuńska Wieś to taka wieś prawdziwa, nienowoczesna, skansen żyjący swoim własnym, leniwym rytmem. Rumuńska Wieś przypomina bardzo Wieś Polską, ale mniej więcej sprzed dwóch dekad, taką, na jaką w naszym kraju niełatwo już natrafić (przynajmniej z mojej Dolnośląskiej perspektywy), prostą i rustykalną. Tutaj co wieczór samochody ustąpić muszą miejsca krowom, które rzędem, jedna za drugą, nieśpiesznie zstępują z pastwisk i chwiejnym, miarowym krokiem udają się na miejsce spoczynku. A kierowcy cierpliwie czekają. Tutaj przy drodze luzem biegają kury i perliczki, czasem trafi się zabłąkany wieprzek.

osiołki ciągną wóz z sianem

Ciągle spotykamy małe, pocieszne osiołki, z mozołem ciągnące ogromne wozy wypchane sianem daleko powyżej oczekiwanej ładowności. Na mijanych przez nas przydrożnych płotach często widujemy pozawieszane szmaciane lalki, przejeżdżając się obok małych wisielców, zastanawiamy się nad znaczeniem owego upiornego zwyczaju. Powszechny  widok stanowią też porzucone wraki samochodów, rdzewiejące na poboczach dróg. Przejeżdżamy przez niewielkie, malownicze wioski, gdzie rzędy niskich, parterowych domków ustawione są, podobnie jak na Węgrzech, tuż przy drodze. Przed domostwami, na drewnianych ławkach przesiadują staruszki, okutane w kolorowe chustki. Każde domostwo mieni się kolorami, szczególnie bogato zdobione są tutaj okiennice malowane w różne wzory i barwy, stanowią wizytówkę lokalnej architektury.

Cygańskie pałace

cygański pałac

Od czasu do czasu natykamy się na cygańskie pałace, które straszą z oddali swoją przywodzącą na myśl Indie kiczowatością.  Rumunia ma jeszcze poważniejszy problem z mniejszością romską niż Słowacja. Cyganie zajmują odizolowane enklawy i nie są darzeni sympatią przez rodowitych Rumunów.

Z wizytą u rodziny Rumunów

rumunskie gospodarstwo

Razu pewnego, kiedy próbujemy zasięgnąć języka, zostajemy ostrzeżeni przed cyganami, zamieszkującymi nad jeziorem, nad którym zamierzaliśmy rozbić obóz. Nie ma tego złego, okazuje się, że nasz rozmówca postanawia zaprosić nas na noc do domu. Michaił, bo tak miał na imię, studiuje na politechnice w Budapeszcie, a obecnie przyjechał na wakacje do domu. Mieśmy szczęście, na prowincji naprawdę trudno jest spotkać kogoś, kto mówi po angielsku. Miachaił prowadzi na s do swojego gospodarstwa, które nie różni się od typowej polskiej zagrody. Ogrodzone drewnianym płotem, za którym panuje lekki nieład, składa się z domu mieszkalnego i kilku pomieszczeń gospodarczych. Dużego (choć mocno zagraconego) podwórka pilnuje uwiązany na łańcuchu burek, rozmiarów niewielkiego niedźwiedzia. Wnętrze domu jest schludne. Zostajemy zaprowadzeni do kuchni, gdzie Michaił przygotowuje dla nas kolację. Młodzieniec mieszka wraz z rodzicami, młodszym bratem i babcią, wkrótce poznajemy wszystkich domowników.

Specjały rumuńskiej kuchni

Na kolację  przyrządza mititei. Tradycyjną bałkańską potrawę, w innych krajach znaną pod nazwami Ćevapi (Bośnia) qofte, (Albania), są to kiełbaski formowane z mielonego mięsa wołowo-jagnięcego, grillowane. Do tego celu chłopak używa specjalnego urządzenia: grilla montowanego na kuchence gazowej. Wraz z mititei do kolacji dostajemy warzywa oraz ser, który z wyglądu oraz smaku łudząco przypomina naszą rodzimą bryndzę. Na popitkę poczęstowani zostajemy bardzo dobrym sokiem domowej roboty, wyrabianym z płatków kwiatów. Niestety bariera językowa nie pozwoliła nam ustalić jakie to kwiaty.

Kolacja upływa w rytmie radosnej rozmowy, wymieniamy się informacjami na temat naszych krajów i naszej podróży. Przed snem w końcu mamy okazję wziąć porządny prysznic, to dla nas prawdziwy luksus. Rankiem, przed wyruszeniem w dalsza podróż Michaił obdarowuje nas słoikiem miodu pochodzącego z przydomowej pasieki. Żegnamy się serdecznie i ruszamy w dalszą drogę…

Czy post był pomocny?

Kliknij gwiazdkę, by ocenić.

Średnia ocena 5 / 5. Liczba głosów: 1

Brak ocen. Możesz być pierwszy...

Udostępnij Post:

Share on facebook
Facebook
Share on google
Google+
Share on twitter
Twitter
Share on email
Email
Artur Bowsza

Artur Bowsza

Czołem! Jestem twórcą serwisu Życie w Namiocie. Jeżeli podobają Ci się moje teksty, koniecznie zajrzyj tu jeszcze kiedyś. A jeśli pragniesz znaleźć więcej ludzi dzielących pasję do podróży, dołącz do naszej gupy na facebooku:

Podróże i Przygoda

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Życie w Namiocie logo

Jeżeli uważasz, że ze wszystkich potraw najlepiej smakuje przygoda, a serce bije Ci mocniej na myśl o kolejnej podróży w nieznane, Życie w Namiocie to miejsce dla Ciebie!

Najnowsze Wpisy

Filmy

Marin Four Corners - wideorecenzja Stojak serwisowy z Lidla - wideorecenzja

Życie w Namiocie na Facebooku