Pożegnanie z Bałkanami

Ostatni etap naszej podróży przebiegał przez Chorwację, Słowenię i Austrię. W Chorwacji nadchodzi czas rozstania, ja i Marcin odłączamy się od reszty, wsiadając w Zadarze do autobusu, którym dojeżdżamy do Zagrzebia. W ciągu kilku dni pokonujemy na rowerach aż trzy kraje i docieramy do Wiednia, gdzie czeka na nas Polski Bus, który zabiera nas do Ojczyzny.

Dlaczego nie podobało mi się w Chorwacji ?

Chorwacja przywitała nas palącym słońcem i tłumami turystów. Jadąc wzdłuż wybrzeża, dosłownie przeciskamy się naszymi rowerami pomiędzy samochodami. Długie sznury aut ciągną się od jednej nadmorskiej miejscowości do drugiej, tworząc korki. Wewnątrz sunących ślimaczym tempem stalowych puszek, smażą się turyści, których sporą część stanowią Polacy. W Chorwacji na każdym kroku można natknąć się na rodaków, a najłatwiej rozpoznać ich w sklepach, gdzie niewybrednymi słowy komentują miejscowe ceny. Tak właśnie wspominam Chorwację, jako drogą, tłoczną i pełną hałaśliwych turystów. Pod tym względem przypomina polskie wybrzeże, ale morze jest tu znacznie cieplejsze, woda ma piękny, lazurowy kolor i nie trzeba obawiać się, że dwa tygodnie deszczu zepsują nam urlop. Ceny, choć w porównaniu z Bośnią czy Albanią, horrendalnie wysokie, nie odbiegają znacząco od cen na polskim wybrzeżu, trudno się dziwić, że tylu rodaków zamiast Bałtyku wybiera Adriatyk. Korzystamy z możliwości zażycia morskich kąpieli i plażowego lenistwa, jednak szybko podejmujemy decyzję o ucieczce znad wybrzeża. Jazda nim szybko stała się męcząca.

Interior jest już dużo bardziej podobny do tego, co widzieliśmy wcześniej. Małe, ubogie wioski, pasterze pędzący stada kóz i owiec, wszechobecny rozgardiasz. W jednym miejscu przejeżdżamy drogą, wiodącą bezpośrednio pod ostrym zakrętem na autostradzie. Tu, pośród krzaków, spoczywają wraki samochodów, których kierowcy postanowili nie dostosowywać prędkości do warunków panujących na drodze… Chorwacja nie wzbudza mojej sympatii. Kiedy docieramy do Zadaru, zatrzymujemy się na dworcu autobusowym. Ja i Marcin podejmujemy decyzję o końcu naszej podróży, znajdujemy autokar do Zagrzebia i kupujemy bilety. Żegnamy Ewę, Klaudiusza i Wojtka i zaczynamy końcowy etap podróży…

Z Zagrzebia do Wiednia 

Do stolicy Chorwacji docieramy koło północy, czym prędzej staramy się opuścić miasto i znaleźć miejsce na nocleg. Docieramy w pobliże autostrady, tu, przeskakując i przenosząc rowery przez ogrodzenie, trafiamy na ściernisko. Zaczyna padać deszcz, a pole powoli zaczyna zamieniać się w bagno. W takich warunkach, w pobliżu snopków słomy, budujemy prowizoryczne schronienie z dwóch plandek budowlanych (żaden z nas nie posiada namiotu). Rankiem, brnąc w błocie, docieramy do drogi. Spod Zagrzebia ruszamy w stronę Słowenii, staramy się nie tracić czasu.

Pierwsza wersja naszej plandeki noclegowej.
Pierwsza wersja naszej plandeki noclegowej.

Słowenia jest górzystym krajem. Jednak jadąc w stronę Wiednia, pokonujemy jej wschodnią, nizinną część i w końcu mamy okazję odpocząć od gór. Pędzimy jak wiatr po równinach i cały kraj przejeżdżamy w ciągu jednego dnia. Zatrzymujemy się w mieście Ptuj, gdzie znajdujemy kawiarnię z dostępem do Internetu. Tutaj, korzystając z komputera, rezerwujemy bilety na Polskiego Busa z Wiednia. Odjeżdża w piątek. Dziś jest środowe popołudnie.

Jeszcze tego samego dnia wieczorem wjeżdżamy do Austrii. Wraz ze zmianą granicy, przychodzi pierwsze zderzenie z nową rzeczywistością. Austriackie wioski są takie zadbane i uporządkowane… Równo przystrzyżone, zielone trawniki, domki z czerwonym dachem i białymi ścianami, ustawione w równych rzędach, pobielone wapnem pnie drzewek owocowych. Tak bardzo różni się od Bałkańskiego nieporządku, rozpadających się ogrodzeń albańskich gospodarstw, chaotycznie porozrzucanych domów macedońskich miasteczek… Do tego wioski w Austrii sprawiają wrażenie wymarłych. Podczas gdy na Bałkanach ciągle ktoś krążył po okolicy, piesi wędrujący z wioski do wioski, dzieciaki biegające wokoło, bawiące się na dworze lub pędzące stada kóz. Wieczorami słychać było gwar, ludzie spotykali się z sąsiadami, pili rakiję. W Austrii wszyscy siedzą pozamykani w domach. Żeby wieczorem zdobyć wodę, trzeba dobijać się do drzwi.

Przejechaliśmy przez dziesięć państw, z których jedynie Węgry i Słowenia były w miarę płaskie. Pokonaliśmy Drogę Transfogaraską, Wraczański Bałkan, góry na granicy Macedonii, północ Albanii, Durmitor i górskie bezdroża Bośni, ale dopiero w Austrii nie mam siły jechać dalej. Wykańczają mnie małe pagórki, które ciągną się wzdłuż drogi na Wiedeń. Górki są niskie, ciągle podjeżdżamy (co trochę trwa) i zjeżdżamy, tak szybko, że nie ma czasu odpocząć przed następnym podjazdem. Ten nieregularny rytm niesamowicie daje mi w kość, ale znajduję w sobie jeszcze wystarczająco dużo siły, by, kiedy kawałek przed nami pojawia się grupka kolarzy, dopędzić ich i udowodnić, że waga roweru nie jest najważniejsza.

Witamy w Zachodniej Europie

Do Wiednia docieramy w piątek, koło południa. Mamy sporo czasu, by trochę pozwiedzać. Przeżywamy szok kulturowy, przez godzinę mijając więcej ludzi niż przez całą, ponad miesięczną, podróż przez Bałkany. Dopiero teraz widzimy, jaki tłok i zgiełk panuje we współczesnych miastach. Rynek wypełniony jest tak gęstą masą turystów, że musimy się między nimi przeciskać, chcąc dotrzeć do Katedry św. Szczepana. Objeżdżamy centrum miasta, zwiedzając okoliczne zabytki i udajemy się do pałacu Schönbrunn. Dopiero tutaj możemy trochę odetchnąć od ścisku. Turystów jest wielu, jednak obiekt, zajmuje tak niesamowicie wielką przestrzeń, że nie sposób wypełnić g tłumem. Zbudowany na przełomie XVII i XVIII, na zlecenie cesarza Leopolda I, barokowy pałac, wpisany został na światową listę dziedzictwa UNESCO. Wraz z pięknymi ogrodami, pełnymi fontann i żywopłotów i najstarszym w Europie ogrodem zoologicznym, Schönbrunn zajmuje powierzchnię 176 ha, czyniąc niesamowite wrażenie na zwiedzających. Słowo „przepych” samo ciśnie się na usta.

Wieczorem kierujemy się do dworca autobusowego. Wcześniej zajeżdżamy na stację benzynową, by umyć się w toalecie. Na dworcu gburowaty kierowca każe nam odkręcić pedały w rowerach, a gdy zajmujemy się ową czynnością, autobus rusza i podjeżdża do stanowiska położonego kilkadziesiąt metrów dalej. Szkoda, że kierowca nie uprzedził nas, skąd będzie odjazd.

Podróż autokarem upływa nam głównie na spaniu. Nad ranem jesteśmy już w Katowicach, skąd obaj odjeżdżamy tym samym pociągiem, ja do Wrocławia, Marcin do Opola. Tutaj kończy się moja opowieść o Rowerowych Bałkanach. Jednak koniec każdej przygody jest początkiem następnej. Już za dwa dni Wielka Rajza wyrusza na Krańce Europy

Czy post był pomocny?

Kliknij gwiazdkę, by ocenić.

Średnia ocena / 5. Liczba głosów:

As you found this post useful...

Follow us on social media!

We are sorry that this post was not useful for you!

Let us improve this post!

Udostępnij Post:

Share on facebook
Facebook
Share on google
Google+
Share on twitter
Twitter
Share on email
Email
Artur Bowsza

Artur Bowsza

Czołem! Jestem twórcą serwisu Życie w Namiocie. Jeżeli podobają Ci się moje teksty, koniecznie zajrzyj tu jeszcze kiedyś. A jeśli pragniesz znaleźć więcej ludzi dzielących pasję do podróży, dołącz do naszej gupy na facebooku:

Podróże i Przygoda

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Życie w Namiocie logo

Jeżeli uważasz, że ze wszystkich potraw najlepiej smakuje przygoda, a serce bije Ci mocniej na myśl o kolejnej podróży w nieznane, Życie w Namiocie to miejsce dla Ciebie!

Najnowsze Wpisy

Filmy

Marin Four Corners - wideorecenzja Stojak serwisowy z Lidla - wideorecenzja

Życie w Namiocie na Facebooku