Szlakiem Green Velo – odcinek Przemyśl-Suwałki

Share on facebook
Facebook
Share on google
Google+
Share on twitter
Twitter
Share on email
Email

Liczący niemal 2000 km długości Green Velo to najdłuższy szlak rowerowy w naszym kraju. Znany także jako Wschodni Szlak Rowerowy, rozpoczyna się w miejscowości Końskie i przebiega przez pięć województw: świętokrzyskie, podkarpackie, lubelskie, podlaskie i warmińsko-mazurskie, prowadząc przez malownicze obszary wschodniej Polski.

W czasie naszych rowerowych eskapad Wschodni Szlak Rowerowy odwiedziliśmy już dwukrotnie. Najpierw w maju 2019 przejechaliśmy odcinek prowadzący z Białegostoku do Suwałk (ok. 230 km). Następnie, w czerwcu 2020 pokonaliśmy trasę z Przemyśla do Białegostoku (ok. 731 km). Łącznie więc udało nam się przebyć prawie 1000 km szlaku (nie licząc bocznych ścieżek i pobocznych tras w pobliżu Green Velo). Niniejszy post stanowi nasze podsumowanie wrażeń z podróży odcinkiem Przemyśl-Suwałki. Znajdziecie tu podstawowe informacje o szlaku, przegląd najciekawszych miejsc (wraz z rozbudowaną mapą, którą możecie pobrać na Wasze urządzenie GPS) oraz garść praktycznych informacji, które pomogą Wam zaplanować własną podróż.

Spis treści

Wschodnia Polska da się lubić

Jednym z celów szlaku Green Velo jest bez wątpienia promocja regionów wschodniej Polski. Droga prowadzi przez malownicze doliny rzek, zielone łąki i lasy, jeziora i urocze wioski. Na szlaku i w jego pobliżu znajdują się jedne z największych i najpiękniejszych parków narodowych na terenie kraju, a miłośnicy historii i architektury będą mieli okazję podziwiać relikty bogatego dziedzictwa kulturowego Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Szlak Green Velo nie raz zachwyci Was widokami, ale przede wszystkim, prowadząc bocznymi drogami przez spokojne wsie i małe miasteczka, pozwala odpocząć od zgiełku miasta i daje możliwość obcowania z naturą.

Czy wiesz, że…
…na trasie szlaku Green Velo (i w bezpośrednim jego sąsiedztwie) leży aż 5 parków narodowych, 15 parków krajobrazowych, 26 obszarów specjalnej ochrony ptaków oraz 36 specjalnych obszarów ochrony siedlisk?

I choć brzmi to wszystko aż nadto sielankowo, to uwierzcie mi proszę, że (podobnie jak wiele osób, które już trochę widokowo-nadnadprzeciętnych miejsc w życiu widziały), niełatwo wpadam w zachwyt i często zdarza mi się kręcić nosem w miejscach ogólnie uznanych za atrakcyjne turystycznie. Mimo wszystko, na Wschodnim Szlaku Rowerowym raz po raz zdarzało mi się sięgać po apart tylko po to, żeby sfotografować kolejną krowę na pastwisku, jeszcze jedno bocianie gniazdo, czy domek z pięknie malowanymi okiennicami.

A są jeszcze drewniane kościoły!

Aż chciałoby się zobaczyć je wszystkie. Musicie widzieć, że dla mnie, jako miłośnika historii, zwiedzanie miejsc z bogatą przeszłością jest równie ważną częścią przygody co podziwianie krajobrazów (a może nawet ważniejszą). Na szczęście, na Wschodnim Szlaku Rowerowym nie brakuje zabytków. Ale te opiszę Wam nieco później, bo na początek…

Praktyczne informacje o szlaku Green Velo: odcinek Przemyśl – Suwałki

Na początek przydałoby się trochę konkretnych informacji, z których dowiecie się nieco więcej na temat praktycznej części podróży.

Kiedy najlepiej odwiedzić Green Velo?

Późna wiosna i sam początek lata to idealny czas by wyruszyć w podróż. Odwiedzając Wschodni Szlak Rowerowy o tej porze roku przekonacie się skąd wzięła się nazwa Green Velo. Jest już wystarczająco ciepło na całodzienną jazdę rowerem (i na spanie pod namiotem), a przy tym pola, łąki i lasy nasycone są żywą, soczystą zielenią. Jadąc szlakiem nie sposób nie przystanąć od czasu do czasu, zachwycając się tym sielskim krajobrazem. W czerwcu czerwienią się maki i fioletowią (?) inne (fioletowe i nieznane mi z nazwy) kwiaty. Późnym latem, kiedy łąki żółkną, a na polach zaczynają się żniwa, Wschodni Szlak Rowerowy może stracić nieco swego zielonego uroku.

Największe atrakcje Green Velo (na trasie Przemyśl – Suwałki) – interaktywna mapa

Na załączonej niże mapie znajdziecie przebieg szlaku, wraz z naniesionymi ciekawymi miejscami oraz infrastrukturą turystyczną.

Mapę możecie dodać do swojego dysku Google, lub pobrać plik KMZ ze śladem trasy i interesującymi miejscami. Nie lubisz map Google? Zobacz zapis trasy w serwisie Alltrails.

Co warto zobaczyć?

Atrakcje wzdłuż szlaku Green Velo z grubsza można podzielić na kilka kategorii:

  • Fortyfikacje wojskowe – umocnienia z czasów zaborów oraz pozostałości linii Mołotowa, m. in. austriackie forty Twierdzy Przemyśl, czy carska Twierdza Osowiec. Warte uwagi są również umocnienia w Zamościu czy zamek w Tykocinie.
  • Zabytki sakralne – na szlaku znajdziecie wiele przepięknych drewnianych cerkwi i kościołów, takich jak Cerkiew Pw. Narodzenia Przenajświętszej Bogurodzicy w Chotyńcu, Cerkiew św. Paraskewy w Nowym Bruśnie, jedyny neounicki kościół św. Nikity Męczennika w Kostomłotach, Góra Grabarka, Klasztor św. Onufrego w Jabłecznej, Cerkiew Opieki Matki Bożej w Dubiczach Cerkeiwnych i wiele, wiele innych.
  • Parki Narodowe – na odcinku Przemyśl-Suwałki szlaku GV będziecie mieli okazję przejechać przez Roztoczański Park Narodowy i Białowieski PN. Dalej szlak zahacza o Narwiański PN, biegnie przez Biebrzański PN (trasa wiedzie słynną Carską Szosą, na której podobno można spotkać łosie), a tuż przed Suwałkami rozciąga się jeszcze Wigierski PN. A choć nie leży bezpośrednio na trasie, to warto również zboczyć kawałek do Poleskiego PN.
  • Ciekawe miejscowości – miasta z pięknie zachowaną starówką m. in. Tykocin, czy Chełm, obydwa mogą poszczycić się bogatą kulturą ukształtowaną przez mniejszość Żydowską czy Ormiańską, obecną na terenach Rzeczpospolitej. Warto również zboczyć ze szlaku i odwiedzić perłę renesansowej architektury, czyli Zamosć. Niemniej ciekawe bywają wsie – w pobliżu szlaku rozciąga się Kraina Otwartych Okiennic, gdzie podziwiać można piękne podlaskie domki z bogato zdobionymi okiennicami, a jeszcze dalej zboczyć można do Kruszynian – wsi polskich Tatarów.

Poza wymienionymi, na szlaku zobaczycie wiele interesujących miejsc, które szerzej opiszę w części tekstu, poświęconej przebiegowi trasy.

Boczne drogi i manowce, czyli jak wyznaczono trasę

W czasie podróży szlakiem Green Velo, poza pięknymi widokami, uderzył mnie też spokój lokalnych dróg. Jako mieszkaniec stolicy Dolnego Śląska, przywykłem już do hałasu i nieustannego towarzystwa aut, które w moich stornach znikają dopiero po ucieczce z asfaltu. Z kolei szlak Green Velo poprowadzono- na sporej części obszaru- lokalnymi drogami, gdzie ruch jest bardzo znikomy. Zdarzają się też odcinki przebiegające wzdłuż głównych dróg (a kilka razy szlak przecina autostradę – oczywiście przejeżdża się tu po wiaduktach), jednak w takim wypadku zwykle obok szosy wyznaczona jest bardzo przyzwoita droga dla rowerów. Całkiem spora część szlaku wypada też przez pola i drogi leśne, gdzie najczęściej spotkamy co najwyżej przerażone kuropatwy i zające. I bociany.

UWAGA! Odcinki przygraniczne!
Całkiem spory odcinek Wschodniego Szlaku Rowerowego przebiega bardzo blisko granicy z Białorusią lub Ukrainą. W tych przygranicznych regionach koniecznie pamiętajcie, żeby wyłączyć transmisję danych w telefonie! W przeciwnym razie może zaskoczyć Was rachunek na kilkadziesiąt lub nawet kilkaset złotych!

Jak po maśle, czy jak po grudzie? – nawierzchnia na szlaku Green Velo

Pozostaje jeszcze odpowiedzieć na pytanie czy te boczne drogi i dróżki nadają się do jazdy rowerem. Musicie wiedzieć, że po naszym pierwszym zetknięciu z Green Velo (które miało miejsce na odcinku Białystok-Suwałki), na tegoroczną wyprawę postanowiłem wyposażyć się w opony w rozmiarze 29×2.0. Ale ostatecznie okazało się, że nie były tak bardzo potrzebne.

Zarówno w województwie podkarpackim, jak i na większej części trasy przez województwo lubelskie dominującym typem nawierzchni na szlaku Green Velo jest asfalt. Czasem naprawdę dobrej jakości, innym razem nieco gorszy i trochę dziurawy (głównie w przygranicznych miejscowościach) – ale jednak asfalt. Przy większych szosach przeważnie pojawiają się drogi dla rowerów (albo przynajmniej wydzielony pas), a w pobliżu większych miejscowości (i przez nie) często ciągną się ciągi pieszo-rowerowe (te już bywają nieco prowizoryczne). Odcinki dróg gruntowych, czy dróg polnych zdarzają się tu sporadycznie, bywają relatywnie krótkie i mało uciążliwe. Przede wszystkim nie natknęliśmy się w tych okolicach na piaszczyste łachy, co poczytuję sobie za plus (aczkolwiek podróż odbyliśmy po okresie sporych opadów, więc możliwe że piach gdzieś tam się czaił, zamaskowany wilgocią).

Tak więc sytuacja nawierzchni prezentuje się całkiem przyzwoicie w lubelskim i podkarpackim, natomiast nie ma co owijać w bawełnę, na Podlasiu zaczyna się dramat. Wkrótce po przekroczeniu Bugu powitają Was pierwsze szutrowe drogi, a potem na całym odcinku trasy odcinki asfaltowe co rusz przetykane są drogami gruntowymi i szutrami, na których bardzo często występuje tzw. tarka – czyli mocno pofałdowana nawierzchnia, która jest efektem działania kół samochodowych. Nie muszę chyba objaśniać jak wygodnie się po tym jedzie rowerem. Na domiar złego w lasach czai się piach, który jest prawdziwym utrapieniem, jeśli nie macie szerokich opon. Ale to jeszcze nie koniec, bo w paru miejscach (na szczęście bardzo sporadycznie i na krótkich odcinkach) natkniecie się na kocie łby (!!!). Tak, kocie łby na szlaku rowerowym. Dobra wiadomość: na oficjalnej stronie Green Velo znajdziecie mapę, która pozwoli Wam sprawdzić nawierzchnię dowolnego odcinka.

Czy przejadę Green Velo na oponach szosowych?
Nie na Podlasiu.

Jakie opony założyć na Green Velo?
Odpowiedź brzmi: to zależy. Jeśli jedziesz na Podlasie, załóż najszersze, jakie wejdą do ramy (oczywiście mam na myśli ramy trekkingowe/crossowe/gravelowe, czyli tak do 2,0/2,1 cala max). Jeśli jedziesz przez Podkarpacie/lubelskie, nawet opony 1,5/1,6 cala spokojnie dadzą radę.

Jeszcze jedna rzecz, o której warto wspomnieć: Green Velo to jedna sprawa, ale w pobliżu szlaku znajduje się kilka ciekawych miejsc, do których warto zjechać (np. Poleski Park Narodowy) i w takich sytuacjach trzeba przygotować się na nawierzchnię nieco bardziej w stylu Podlasia.

Zagub się we wschodniej Polsce, czyli oznaczenie szlaku

Tutaj oceniam na trójkę z plusem. Na całej długości Green Velo będą towarzyszyć Wam charakterystyczne, pomarańczowe tabliczki, których zadaniem jest wskazywać drogę. Od czasu do czasu znajdują się na nich dodatkowe informacje, np. o nachyleniu terenu, czy odległości do celu. Z kolei przy rozwidleniach szlaku tabliczki wskazują miejscowość, do której zmierza konkretna odnoga.

I wszystko byłoby fajnie, bo tabliczki faktycznie gęsto porozstawiane są na trasie. Tylko że, jak na złość, zdarzyło się kilka razy, że drogowskaz gdzieś wcięło. Oczywiście (zgodnie z prawami Murphy’ego) było to w miejscach strategicznych, czyli np. zwrot o 90 stopni i szlak odbija w pole. Gdyby nie ślad trasy na GPSie, w takiej sytuacji można byłoby łatwo zgubić drogę. Więc mimo powszechnych oznaczeń wciąż polecam zabrać ze sobą albo nawigację, albo przynajmniej papierową mapę żeby mieć punkt odniesienia w razie zboczenia z trasy. Bo żaden bocian Wam drogi nie wskaże. Takie są te bociany!

Czasem w górę, czasem w dół, czyli ukształtowanie terenu

A takie zboczenie mogłoby okazać się bardzo małoprzyjemne, jeśli wiązało by się ze wspinaczką na wzgórze. Albowiem musicie wiedzieć, że choć odcinek szlaku, który przemierzyliśmy, na przeważającej długości prowadzi przez obszary powszechnie uznawane za nizinne, to wcale nie oznacza jazdy po nawierzchni płaskiej jak stół.

Przeciwnie! W miarę płaskie jest jeszcze Podlasie, natomiast na pozostałej części trasy raz po raz będziecie pokonywać mniejsze i większe górki. Nie ma się czego obawiać, bo nachylenia nie są tu specjalnie duże – na oznaczeniach dominują wartości nachylenia w granicach 3%-4%, sporadycznie zdarza się 5%, a ze dwa, może trzy razy pokonaliśmy podjazd o wartości 6%. Dla kogoś obytego z pogórzem sudeckim, gdzie wartości nachyleń sięgają nawet 11% takie liczby wzbudzają co najwyżej lekki uśmieszek.

Natomiast warto pamiętać, że podczas jazdy z sakwami nawet niewielkie przewyższenia dają się we znaki bardziej niż podczas jazdy bez obciążenia. A ponieważ górek jest dużo, to jeśli nie macie wyrobionej kondycji, szybko mogą się stać męczące. Dlatego na wyprawę polecam wyposażyć się w miękkie przełożenia. Tu piję głównie do posiadaczy coraz popularniejszych rowerów typu gravel, gdzie korby szosowe są (niestety) ciągle normą. Na trekkingu z trzyrzędową korbą i kasetą przynajmniej 11-32 tutejsze górki nie powinny być żadnym problemem.

Uwaga!
W województwie lubelskim znajduje się jeden, wyjątkowo chamsko poprowadzony fragment szlaku Green Velo, o czym czuję się w obowiązku poinformować. Około 10 km na południe od miejscowości Krasnystaw, na wysokości wsi Dworzyska, szlak odbija nagle gwałtownie w lewo, tylko po to, by poprowadzić nas stromą gruntową drogą na szczyt wysokiego wzgórza. Potem skręca w pola. Nie wiem dlaczego ktoś zadecydował, że ta wspinaczka jest lepszym rozwiązaniem niż jazda w linii prostej przez Latyczów. Dlatego uprzedzam.

Własny dach nad głową, czyli noclegi

Planując podróż Wschodnim Szlakiem Rowerowym lepiej zrobić małe rozeznanie jeszcze przed podróżą i zaplanować wcześniej gdzie będziecie nocować. Campingi, pola namiotowe i gospodarstwa agroturystyczne porozrzucane są na trasie bardzo nieregularnie – niektóre odcinki charakteryzują się sporym ich natężeniem (zwykle w pobliżu bardziej popularnych turystycznie miejscowości, parków narodowych itp.). Z kolei gdzie indziej (np. w najbliższych okolicach Przemyśla) próżno szukać choćby jednego.

W czasie naszych podróży szlakiem Green Velo odwiedziliśmy kilka komercyjnych campingów i prywatnych pensjonatów, które z czystym sumieniem mogę polecić:

  • Camping nr 253 “Duet” w Zamościu – skromny, ale zadbany i niedrogi,
  • Pola namiotowe w Poleskim Parku Narodowym – Wszystkie pola posiadają zadaszenia i ławeczki, miejsce na ognisko (wraz z udostępnionym drewnem na opał) oraz podstawowy sanitariat w postaci toi-toia. Ponadto pole Łowiszów posiada dostęp do bieżącej wody i łazienkę (i w dlatego może być dość mocno oblegane w sezonie). Nocleg nie jest darmowy, jednak opłata jest naprawdę symboliczna – za jedną noc płaciliśmy łącznie 6 zł za dwie osoby i namiot. Opłatę należy uiścić w siedzibie PPN w Urszulinie, gdzie nabędziecie również bilety wstępu do parku. W obrębie parku dostępne są 4 pola namiotowe:
    • Babsk – na szlaku do Jeziora Wytyckiego,
    • Łowiszów – pomiędzy Jeziorem Wytyckim a Durnym Bagnem,
    • Perehod – w pobliżu ścieżki przyrodniczej o tej same nazwie,
    • Łomnica – przy szlaku nad Jezioro Moszne – to pole położone jest tuż koło drogi, więc raczej nie polecałbym go na nocleg
  • Agroturystyka nad Bugiem w Szumince, za Włodawą – kwatera u miłej Pani, z możliwością zamknięcia rowerów w bezpiecznym miejscu,
  • Agroturystyka Remesz w miejscowości Homoty, niedaleko Grabarki – kolejna prywatna kwatera, również z możliwością przechowania rowerów w bezpiecznym miejscu,
  • Camping u Michała w Zastawie, koło Białowieży – również małe, kameralne pole namiotowe,
  • Eurocamping w Suwałkach – potężne, nowoczesne i świetnie wyposażone pole namiotowe, do tego w naprawdę przystępnej cenie.

Nocleg “na dziko”

Jeśli planujecie noclegi na dziko, pod namiotem, to musicie wiedzieć, że na niektórych odcinkach Green Velo znalezienie odpowiedniej miejscówki bywa problematyczne. Na Podlasiu raczej idzie gładko – wokół pełno jest łąk, pastwisk i nieużytków i znalezienie dogodnego miejsca na uboczu zwykle nie stanowi problemu. Trudniej bywa na Podkarpaciu, a najtrudniej w Lubelskiem, gdzie miejscami ciągną się hektary pół uprawnych. Ziemie są tu urodzajne i czasami na przestrzeni wielu kilometrów ze świecą szukać choćby skrawka wykoszonej łąki. Dlatego na tym odcinku poszukiwania warto rozpocząć wcześnie, nawet 2-3 godziny przed zmierzchem.

Poniżej znajdziecie też kilka sprawdzonych miejscówek, które nadają się na rozbicie namiotu (oczywiście wszystkie zostały naniesione na mapę):

  • Plaża Chałupki Dusowskie – niespełna 20 km od Przemyśla, tuż po przekroczeniu Sanu, znajdziecie dwa niewielkie stawy. Co prawda nie spaliśmy tutaj, ale miejsce wydaje się całkiem niezłe na dziki nocleg.
  • Kamieniołom Nowiny – koło miejscowości o te samej nazwie – malowniczy, nieczynny kamieniołom, który jest też miejscową atrakcją. Znajduje się tu wieża widokowa oraz zadaszenie ze stolikami. Bardzo przyjemne miejsce na nocleg, jednak minus jest taki, że wieczorem będą się tutaj kręcić ludzie – zwłaszcza w okolicach weekendu.
  • Nieczynna przeprawa promowa Gnojno-Niemirów – przeprawa aktualnie nie funkcjonuje, jednak na miejscu znajdziecie pozostałości infrastruktury – MOR, toaletę i rozległą łąkę nad samym Bugiem. Można wykorzystać.
  • Sucha Barć w Budach – samo serce Biebrzańskiego Parku Narodowego. Nie jest to do końca nocleg na dziko, ale nie jest to też komercyjna agroturystyka czy camping. Mieszka tu Krzysztof Kawenczyński, Król Biebrzy 😉 Niezwykłe miejsce i każdemu polecam je odwiedzić, choć do Bud trzeba przedzierać się po piachu drogą przez las.
  • Miejsce odpoczynku we wsi Kuligi – nad sama rzeką na uboczu wsi znajduje się kawałek wykoszonego terenu i mała wiatka. Można też wykąpać się w rzece.
  • Nocleg nad jeziorem Krzywe – obok MOR znajduje się spory kawałek terenu użytkowany jako pole namiotowe. Teoretycznie jest to komercyjny camping, ale kiedy byliśmy tu w maju pole było jeszcze nieczynne.

Może odpocznę na MORze (a może nie)

Jednym z bardziej charakterystycznych elementów infrastruktury są MORy, czyli Miejsca Obsługi Rowerzystów. Co prawda bardziej adekwatną nazwą byłyby MSRy (Miejsca Samoobsługi Rowerzystów), bo na tych MORach nikt nas obsługiwać nie będzie, ale akurat nazwa MSR jest już zarezerwowana dla znanej marki produkującej sprzęt outdoorowy. Więc niech już będzie ten MOR. Kwestię nomenklatury odłóżmy na bok i przyjrzyjmy się co na takim miejscu obsługi (bądź samoobsługi) możemy znaleźć.

Standardowym wyposażeniem MORu są ławki i stoliki, zadaszenie w postaci wiatki, stojaki na rowery (a jakże), śmietniki i enigmatyczna pergola ułożona w kształt czworoboku (ale otwarta z jednej strony, więc w sumie to trójboku). Pergoli zwykle nic nie porasta, więc cel jej bytowania na MORach pozostaje dla mnie nieodgadniony. Przy MORze znajduje się naogół tabliczka informacyjna z przebiegiem szlaku Green Velo i dodatkowymi informacjami. Niestety tabliczka taka jest całkowicie generyczna i dokładnie te same informacje znajdziecie na takiej tablicy pod Białowieżą, jak i na podkrpackiej wsi. Szkoda, że twórcy szlaku nie zdecydowali się trochę bardziej zregionalizować tych tablic, dodając informacje o najciekawszych atrakcjach w regionie.

A skoro już się czepiam, to przyczepię się również do śmietników. Z jakiegoś powodu twórcy podkarpackiego i lubelskiego odcinku szlaku nie byli w stanie zaprojektować śmietnika, który spełnia swoją funkcję. Zamiast tego stworzyli skrzynię z trzema drucianymi obręczami w środku. Worki z tych obręczy notorycznie spadają i w efekcie segregację diabli biorą, bo w obrębie całej skrzyni walają się przemieszane śmieci, które wypadły z worków.

Na MORach można odpocząć, schować się przed ulewą, albo przygotować posiłek. I jedna uwaga – w regulaminie korzystania z tych obiektów wyraźnie stoi, że nie stanowią miejsca obozowania, więc nie powinniście wykorzystywać ich jako darmowych campingów. Zresztą przeważnie byłoby to dość trudne ze względu na lokalizację obiektów, która jest moim zdaniem największym zastrzeżeniem. Bo chociaż MORY rozstawione są w miarę często (acz nieregularnie), to najczęściej umiejscowione są w centrach lub na obrzeżach miejscowości, przy wiejskich świetlicach czy remizach OSP. I świetnie, że takie miejsca powstały, natomiast nawet w niewielkiej wsi zwykle bez problemu znaleźć można miejsce, w którym można przysiąść, czy schować się w czasie burzy (choćby zadaszony przystanek autobusowy). Niestety MORów brakuje tam, gdzie ich najbardziej potrzeba, czyli np. kiedy jedziemy wiele kilometrów przez pola obsiane pszenżytem, bez choćby jednego drzewa w zasięgu wzroku. MORów też wówczas nie uświadczycie. Tak jest zwłaszcza na Podkarpaciu i w Lubuskiem, natomiast na Podlasiu sytuacja wygląda nieco lepiej i niektóre MORy faktycznie zlokalizowane są na uboczu. Dokładaną lokalizację MORów znajdziecie w załączonej do posta mapie.

Przebieg szlaku Green Velo na odcinku Przemyśl – Białystok

W tej części artykułu zdam Wam relację z naszej tegorocznej przygody na Wschodnim Szlaku Rowerowym. Znajdziecie tu opis naszej trasy wraz z wartymi uwagi miejscami i ciekawostkami na ich temat.

Forty Twierdzy Przemyśl

Nasza podróż rozpoczyna się w Przemyślu. Na dworcu głównym pojawiamy się zmęczeni i głodni, po ponad ośmiu godzinach spędzonych w pociągu z Wrocławia (uwzględniając tradycyjne w PKP opóźnienie), wobec tego wycieczkę po jednym z najstarszych miast Podkarpacia rozpoczynamy od poszukiwania kebaba. Po zdobyciu pożywienia i szybkim rzucie oka na rynek udajemy się w stronę Sanu. Tutaj do wyboru mamy dwie opcje:
Możemy wjechać na Green Velo i podążać dalej szlakiem wzdłuż rzeki.
Druga możliwość to ruszyć w przeciwną stronę, w górę Sanu i kierować się szlakiem, który okala miasto od północy. Szlak ten pozwala zwiedzić północny odcinek fortów.

Budowę austriackiej Twierdzy Przemyśl rozpoczęto w XVIII wieku, w czasie wojny krymskiej. Kiedy w konflikt pomiędzy Imperium Osmańskim a Carską Rosją zaangażowały się państwa Europy Zachondniej, stosunki rosyjsko-austriackie uległy znacznemu pogorszeniu. W obawie przed ekspansją Rosji, Austriacy postanowili umocnić strategicznie umiejscowiony Przemyśl, budując 17 fortów na okręgu o obwodzie około 45 km wokół miasta. W czasie pierwszej wojny światowej Przemyśl był jedną z największych fortec Europy (ustępował jedynie Antwerpii i Verdun), a w trakcie wojny przetrwał aż trzy oblężenia. Pierwsze dwa w 1914, kiedy austriacką załogę fortecy oblegały oddziały rosyjskie. Drugie z tych oblężeń zakończyło się zdobyciem Przemyśla przez carskie wojska, które jednak nie weszły w posiadanie twierdzy na długo. Już w maju 1915 Austriacy przystąpili do kontrataku by po około miesiącu walk obić Przemyśl z rąk cara.

Dziś forty udostępnione są dla zwiedzających. Część z nich znajduje się na południu miasta, część na wzgórzach na północ od Przemyśla. Decydujemy się na trasę północną, gdzie droga prowadzi dość mocno pod górę. Po drodze obejrzeć możemy 8 fortów, ale nie wszystkie z nich są równie imponujące. Na pewno warto zatrzymać się przy forcie VIII (“Łętownia”), forcie X (“Orzechowce”) oraz forcie XI (“Duńkowiczki”). Z kolei fort XII “Werner” zamieniony został w muzeum, w którym można dowiedzieć się nieco więcej na temat historii umocnień.

ścieżka wokół fortów łączy się w końcu ze szlakiem Green Velo, gdzie docieramy wieczorem. Mijamy pod drodze arboretum Bolestraszyce, które o tej porze jest już nieczynne. Udajemy się nad San celem znalezienia miejsca na nocleg i tu przeżywamy małe zaskoczenie -brzegi rzeki są dzikie i nieokiełznane, a poza nimi wokół tylko obsiane pole. I w takiej sytuacji spotyka nas szczęśliwy traf – otóż natknęliśmy się na właściciela jedynej działki nad Sanem, która nadaje się na nocleg. Pozdrawiam Pana Jurka, który nie tylko pozwolił nam się tu rozbić, ale wręcz do tego zachęcał!

Cerkwie podkarpacia

Kolejny dzień upływa nam na podziwianiu podkarpackich cerkwi. Szlak Green Velo częściowo pokrywa się z zasięgiem szlaku architektury drewnianej i możecie znaleźć tu wiele naprawdę pięknie zachowanych  i odrestaurowanych kościołów. Jeden z pierwszych przez nas napotkanych to pochodząca z początku XVII wieku i wpisana na listę UNESCO cerkiew w Chotyńcu

Nieco dalej, w Młynach, znajduje się dawna cerkiew Opieki Matki Bożej, która obecnie pełni rolę kościoła rzymskokatolickiego. 

Z kolei w Radrużu podziwiać możemy pochodzącą z XVI wieku (i tym samym jedną z najstarszych), pięknie zachowaną  cerkiew św. Paraskewy. Położony na niewielkim wzgórzu i otoczony kamiennym murem kościół pełnił jednocześnie rolę warowni, w której okoliczni mieszkańcy mogli chronić się w razie tatarskich najazdów. 

Nowe Brusno – kolejna cerkiew św. Paraskewy

Święta Paraskewa zyskała sobie całkiem pokaźne grono poświęconych jej świątyń. Na jeszcze jedną- i do tego jedną z najciekawszych- natknęliśmy się w miejscowości Nowe Brusno. Drewniany kościół pochodzi z początku XVII wieku i w ostatnich latach przeszła generalny remont, który pozwolił jej odzyskać dawną świetność. Wyposażona w trzy wdzięczne, drewniane kopuły, cerkiew w Nowym Bruśnie to jeden z najpiękniejszych kościołów, które widzieliśmy na Podkarpaciu.

Nowe Brusno zasługuje na uwagę także z innego powodu. Już od średniowiecza, zarówno tutaj, jak i w sąsiednim (nieistniejącym już) Starym Bruśnie, mieściło się regionalne centrum kamieniarstwa. W okolicznych lasach i na cmentarzysku w Starym Bruśnie można podziwiać słynne krzyże bruśnieńskie.

Szumy nad Tanwią

Kierujemy się dalej Green Velo, podziwiając malownicze pola i lasy aż do miejscowości Susiec, gdzie zbaczamy ze szlaku w stronę rezerwatu Nad Tanwią. Przy wejściu na szlaki umiejscowiony jest parking i rekonstrukcja przejścia granicznego. Niedaleko znajduje się obelisk, upamiętniający miejsce, w którym w roku 1901 Józef Piłsudski przekroczył granicę rosyjsko-austriacką, stwierdzając, że niczem jest wraży kordon przeciw potędze ducha narodu polskiego.

Szlak pieszy wzdłuż rzeki Tanew, choć bez wątpienia malowniczy, jest też wąski i kręty i zdecydowanie nie nadaje się do jazdy rowerem. Wobec tego wybieramy drogę asfaltową, która prowadzi nas do miejsca zwanego szumami. Owe szumy to malownicze kaskady, które ciągną się na tym odcinku Tanwii, stanowiąc przy tym miejscową atrakcję turystyczną. Z szumów wracamy tą samą drogą na Green Velo. 

Kamieniołomy i stary kirkut w Józefowie

Nieczynny kamieniołom w Nowinach wyposażony jest w wieżę widokową, stoliki i ławeczki. Okazał się nie tylko malowniczym, ale też gościnnym miejscem, w którym spędziliśmy noc. Jedyną małą niedogodnością była spora liczba odwiedzających to miejsce osób, które kręciły się po kamieniołomie aż do późnej nocy. 

Kamieniołomy w tych okolicach występują dość licznie. Kolejny znajduje się kilka kilometrów dalej, w Józefowie. I tu również stoi wieża, jednak bardziej okazała, jako że bardziej okazały jest i cały kamieniołom.

Znacznie ciekawszy od samego kamieniołomu jest miejscowy cmentarz, a właściwie cmentarzysko na południowo-zachodnim skraju wioski. Jest to kirkut, czyli cmentarz żydowski. Znajduje się tu około 400 nagrobków, ustawionych w 35 rzędach. W śród nich wyróżnić można także rzadko spotykaną parcelę, przeznaczoną na groby dziecięce. Najstarsza macewa, czyli kamienna stela nagrobna, pochodzi z 1743 roku. 

Czy wiesz, że…
…mniejszość żydowska stanowiła znaczący odsetek mieszkańców Józefowa, a od 1820 roku do lat 50. XIX wieku działała tu słynna w całym kraju drukarnia ksiąg hebrajskich, założona przez żydowską rodzinę Waxów?

Padwa Północy

Mniejszość żydowska była też obecna w jednym z najbardziej znaczących miast regionu, do którego udajemy się w dalszej drodze. Zamość, bo o nim mowa, założony został w 1580 roku przez Jana Zamoyskiego, hetmana wielkiego koronnego, będącego jedną z najwybitniejszych postaci w historii Rzeczpospolitej Obojga Narodów.

Miasto nie leży bezpośrednio na trasie Green Velo. By dostać się do Zamościa trzeba nadłożyć około 30 km. Niestety, dojazd rowerem nie jest idealny, a drogi są bardzo ruchliwe. Najlepiej jest odbić w Zwierzyńcu w stronę Wólki Wieprzeckiej i w tejże miejscowości przejechać na drugą stronę rzeki Topornica, aby uniknąć jazdy drogą 849 (bardzo ruchliwa). Tutaj, kierując się spokojną leśną drogą, wyjedziemy w Zamościu koło zalewu i rotundy. Wrócić trzeba będzie tą samą drogą. 

Stare miasto w Zamościu jest po prostu niesamowite. Otoczone czerwonym pierścieniem umocnień z bastionami, furtami i bramami miasto do dziś sprawia wrażenie prawdziwej fortecy. Na Rynku Wielkim biały ratusz ze strzelistą wieżą sąsiaduje z kolorowymi Ormiańskimi Kamienicami. Zespół budynków wyposażonych w charakterystyczne podcienie  i bogate zdobienia powstał w XVII wieku. Kamienice pierwotnie należały do kupców i rzemieślników ormiańskich, a dziś w części z nich mieści się Muzeum Zamojskie. 

W zachodniej części starego miasta wzniesiono pomnik hetmana Zamoyskiego, a dalej mieści się Muzeum w Arsenale, którego zwiedzania – jako miłośnik historii i militariów RON – nie mogę sobie odmówić. Z kolei w południowo-wschodniej części starego miasta, w pobliżu jednego z bastionów, znajduje się punkt widokowy, z którego można podziwiać panoramę starówki. Niestety rowery trzeba pozostawić kawałek dalej. 

W Hubale świszczą Susły

Noc spędzamy na sympatycznym campingu w Zamościu, a z rana ruszamy w drogę powrotną na szlak Green Velo. Zatrzymujemy się na drugie śniadanie (i żeby przesuszyć do końca pranie) koło zielonej łąki, przy tabliczce z napisem Rezerwat przyrody “Hubale”. Szybko okazuje się, że miejsce jest znacznie ciekawsze niż początkowo przypuszczaliśmy i to nie tylko ze względu na widoki.

Otóż rezerwat został utworzony w celu ochrony susłów, które żyją pośród okolicznych kurhanów. Suseł perełkowany występuje zaledwie na kilku stanowiskach w naszym kraju, przy czym wszystkie mieszczą się we wschodniej Polsce. Odkrywszy cel istnienia rezerwatu, zakładam obiektyw o ogniskowej 100-300 mm i ruszam na łowy. Wkrótce udaje mi się uchwycić sympatycznego gryzonia, który wychyla główkę spośród traw.

Roztocze, Chrząszcz brzmiący w trzcinie i Chełm

Z Zamościa wracamy do Zwierzyńca. Miasto znajduje się na terenie Roztoczańskiego Parku Narodowego i w jego okolicy przebiegają liczne szlaki piesze i rowerowe. Sama nazwa miejscowości zobowiązuje i koło zwierzyńca mijamy zagrody, w których brykają sobie koniki polskie i owce. Nie zatrzymujemy się jednak na dłuższy pobyt w RPN, tylko mkniemy dalej Green Velo.

W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie i Szczebrzeszyn z tego słynie. Dlatego decydujemy się zajechać do miasta, a na szczebrzeszyńskim rynku znajdujemy pomnik chrząszcza. Mało tego! Okazuje się, że w mieście chrząszcze są dwa, a ten na rynku wcale nie jest najciekawszy. O wiele ładniejszy chrząszcz znajduje się około 600 metrów dalej, koło niewielkiego źródełka, w pobliżu rzeki wieprz. 

Potem jedziemy do Chełma. Po drodze trafia nam się miła niespodzianka – zalew Żółtańce nad którym spędzamy poranek, odpoczywając w słońcu nad wodą. Przy wjeździe nad Zalew jest MOR, natomiast nie mam pojęcia dlaczego ktoś miałby z niego korzystać, skoro dalej nad wodą również dostępne są stoliki i ławeczki. Podobnych świetnie przemyślanych MORów na trasie GV znalazłoby się całkiem sporo. 

Chełm to kolejne miasto z długą historią. Pamiętacie ze szkoły o tym jak Chrobry wyprawił się na Ruś i odbił Grody Czerwieńskie? Jeden z tych grodów znajdował się właśnie na terenie dzisiejszego Chełma. Prawdopodobnie w miejscu Kopca Niepodległości, na którym dziś wznosi się wielki krzyż. Na bardzo ładnie zachowanym rynku pozostawiono zrekonstruowane pozostałości starego ratusza i miejskiej studni, z której można napić się wody. 

Jednym z ciekawszych zabytków miasta Chełm są podziemia kredowe – kompleks korytarzy wykopanych na skutek stuleci eksploatacji pokładów kredy piszącej, które znajdują się pod miastem. Niestety, ze względu na COVIDa zwiedzanie odbywa się w dziwnych przedziałach czasowych i musielibyśmy czekać zbyt długo na naszą kolej. A niestety, czas mamy ograniczony. Wobec tego ze zwiedzania podziemi musieliśmy zrezygnować. 

Łosie w Poleskim Parku Narodowym

Kawałek za Chełmem (w sumie to spory kawałek) ponownie zjeżdżamy z Green Velo, tym razem kierując się w stronę miejscowości o wdzięcznej nazwie Urszulin, w Poleskim Parku Narodowym. W tymże Urszulinie znajduje się siedziba parku, gdzie można nabyć bilety wstępu i opłacić nocleg na jednym z campingów – decydujemy się ba Babsk, co kosztuje nasz całe 6 zł za noc (za dwie osoby). Zjadamy też bardzo, bardzo, bardzo bardzo bardzo dużą pizzę w, poleconej nam przez innego rowerzystę, miejscowej pizzerii (którą to pizzerię my również polecamy). Właściwie to zjadamy jej pół, a resztę zabieramy ze sobą na śniadanie.

Noc spędzamy na polu namiotowym Babsk, gdzie mamy do dyspozycji wiatę i drewno, a wszystko to tylko do naszej dyspozycji. Następnego dnia robimy pętlę po Parku, zwiedzając miejscowe atrakcje. Istotą parku jest konserwacja obszarów podmokłych łąk i obszarów bagiennych, będących charakterystycznym elementem krajobrazu Polesia, ogromnej nizinnej krainy, rozciągającej się w dorzeczu Prypeci i Bugu. Większa część obszaru Polesia znajduje się na terenie Białorusi i Ukrainy, natomiast polski fragment ciągnie się przez województwo lubelskie. Bagna i moczary są doskonałym terenem do obserwacji ptaków i nie tylko, bo na obszarze parku bytuje także liczna populacja łosia. I na platformie widokowej nad Durnym Bagnem udaje nam się jednego wypatrzeć.

W Poleskim Parku Narodowym zaznaczyłem kilka szlaków i generalnie warto zwiedzić je wszystkie, może poza Obozem Powstańczym, który nie był szczególnie ciekawy (zabrakło na nim zwłaszcza obozu powstańczego). Szczególnie interesujące są kładki przez bagna oraz szlaki poprowadzone nad jeziorami. Bardzo malowniczo prezentuje się jezioro Moszne.

Czy wiesz, że…
…Jezioro Moszne miejscami osiąga nawet 17 metrów głębokości?Krystalicznie czysta woda sprawia, że z pomostu widokowego możemy podziwiać dno, które wydaje się być bardzo płytko. W rzeczywistości na dnie zalegają ogromne pokłady mułu, spiętrzone na wiele metrów.

Wracając na szlak spotykamy jeszcze jednego łosia. I było to już naprawdę bliskie spotkanie, bo wielki rogaty byk przekraczał drogę dosłownie kilka metrów przed naszymi rowerami. 

Wzdłuż Bugu i do Jabłecznej

Wycieczka do Poleskiego Parku Narodowego sprawiła, że ominęliśmy Sobiborski Park Krajobrazowy i możliwość podziwiania rzeki Bug. Dalej szlak Green Velo biegnie w prawdzie wzdłuż rzeki, ale przez wiele kilometrów nie zbliża się do Bugu na tyle, żeby można go było w ogóle dostrzec ze szlaku. 

Sytuacja zmienia się dopiero w okolicach Jabłecznej, gdzie ponownie odbijamy ze szlaku, aby zwiedzić Monaster św. Onufrego z XV wieku, w którym przechowywana jest cudowna ikona tegoż świętego. Po drodze napotykamy drzewo obwieszone dewocjonaliami. Sam klasztor bije po oczach bielą i złotem.

Czy wiesz, że…
…w nocy z 21 na 22 września 1990 z klasztoru zrabowano ikonę św. Onufrego i Jabłeczyńską Ikonę Matki Bożej? Monaster odzyska święte obrazy dopiero w sierpniu 1994 po zapłaceniu pokaźnego okupu w wysokości 10 tys. dolarów.

Monaster daje nam również pierwszą możliwość spojrzenia na Bug, a dokładniej na przebiegającą tędy granicę Rzeczpospolitej i Białorusi. 

Sanktuarium Unitów Podlaskich 

A skoro już powróciliśmy do tematu świątyń, to nieco ponad 20 km dalej, w Kostomłotach, przyszło nam podziwiać jeden z ciekawszych kościołów na trasie, a mianowicie Cerkiew św. Nikity Męczennika. Cerkiew ciekawa jest ze względu na obrządek, bo jak głosi tablica informacyjna, jest to jedyna na świecie katolicka parafia neounicka obrządku bizantyjsko*-słowiańskiego. Ale co to właściwie znaczy? Ano, kościół unicki, znany także jako kościół grekokatolicki był dość odważną próbą zjednoczenia obrządku prawosławnego i katolickiego. Unię między kościołami zawarto w Brześciu w 1596 roku, a członkowie kościoła zachowali bizantyński ryt liturgiczny, jednocześnie przyjmując dogmaty katolickie i zwierzchność papieża.

Niestety, kościół grekokatolicki swobodnie rozwijał się tylko do zaborów. W XIX wieku władze carskiej Rosji przystąpiły do jego likwidacji, siłą zmuszając gekokatolików do przejścia na prawosławie (w 1875 roku zlikwidowano chełmską diecezję unicką)

Kościół neounicki obrządku bizantyjsko*-słowiańskiego powołano na początku XX wieku w celu przywrócenia obrządku unickiego. Takie oto ciekawostki najbardziej lubię poznawać na tasie. Nie bez kozery mówi się, że podróże kształcą!

*Strasznie nie lubię, kiedy ktoś pisze “bizantyjski”. Bizantyński! 

Przeprawa przez Bug

Dalej Wschodni Szlak Rowerowy kontynuuje swój przebieg wzdłuż granicy. Mniej niż 50 km za Terespolem bieg rzeki i granica nagle rozdziela się, Bug zakręca na zachód, a szlak Green Velo razem z nim. Brzeg znajduje się na wysokiej skarpie, a unikalne walory przyrodnicze tego miejsca chroni rezerwat Szwajcaria Podlaska. Na skraju rezerwatu dumnie prezentuje się radziecki czołg T-34 (czyli ten sam model, co Rudy 102).  Bug, choć piękny, stanowi na trasie przeszkodę, którą trzeba pokonać, a mostów w okolicy jak na lekarstwo. Rzekę należy przebyć promem i takie przeprawy na trasie Green Velo są dwie. Wybieramy pierwszą, Gnojno-Niemirów, licząc, że dalszy odcinek szlaku przejedziemy północnym brzegiem Bugu, który- przynajmniej na mapie- wydawał się bardziej malowniczy. Niestety, kiedy przybywamy na miejsce okazuje się, że przeprawa w Gnojnie jest tymczasowo nieczynna. Rzekomo ze względu na niski stan wody na rzece, która akurat wyglądała na dość głęboką. 

Następny prom relacji Zabuże-Mielnik na szczęście już funkcjonuje. Czeka nas tutaj też mała niespodzianka. Otóż trochę już promów widziałem, ale nie spodziewałem się, że prom na takiej dużej rzece będzie zasilany wyłącznie siłą ludzkich mięśni! Dwóch panów przewoźników ciągnie stalową linę za pomocą pręta z chwytakiem. Domyślam się, że nie jest to stanowisko pracy, na które czeka tłum chętnych. Co może tłumaczyć zamknięcie przeprawy w Gnojnie…

Tuż za przeprawą, w Mielniku, warto jeszcze rzucić okiem na kopalnię kredy. Trzeba co prawda wdrapać się na wzgórze, ale na nim czeka platforma, z której rozpościera się dość ciekawa panorama. Miejscowe wzgórze obfituje w pokłady kredy, które zaczęto wykorzystywać już od XVI wieku. Co ciekawe, przez większość funkcjonowania wyrobiska kredę wydobywano ręcznie, wyłącznie na potrzeby okolicznych mieszkańców. Dopiero od 1952 pokłady kredy zaczęto eksploatować przemysłowo przy użyciu nowoczesnego sprzętu. 

Czy wiesz, że…?
… kopalnia w Mielniku jest obecnie jedyną czynną odkrywkową kopalnią kredy w Polsce? 

Góra Grabarka

Kolejny przystanek na trasie znowu związany jest ze sferą sacrum. Góra Grabarka jest najważniejszym w Polsce miejscem kultu prawosławnego. Znajduje się tu monaster żeński Świętych Marty i Marii oraz trzy klasztorne cerkwie (Przemienienia Pańskiego, Ikony Matki Bożej Wszystkich Strapionych Radość i refektarzowa – Zaśnięcia Przenajświętszej Bogurodzicy). 

Według legendy geneza tego miejsca wiąże się z cudowną ikoną Chrystusa Zbawiciela, czczonej już w XIII wieku w Mielniku. Podczas tatarskiego najazdu mnisi z mielnika mieli ukrywać się z ową ikoną w okolicznych lasach i ostatecznie trafili na górę Grabarkę.

Tak twierdzi tradycja, natomiast źródła historyczne wskazują, że kult góry Grabarki jest znacznie młodszy i narodził się na początku XVIII wieku, w czasie epidemii cholery w Siemantyczach. Oczywiście i z tą wersją wiążę się odpowiednia legenda. Tym razem to anonimowy mieszkaniec miasta doświadczył wizji, która kazała mu udać się z krzyżem na szczyt góry. Miejscowy duchowny unicki, ks. Paweł Smoleński zinterpretował sen jako objawienie boże i poprowadził lud na Grabarkę, gdzie przed zarazą uratowała ich woda z cudownego strumienia. 

Bez względu na to jaka jest prawda, Grabarka jest ciekawym miejscem samym w sobie, nawet abstrahując od kwestii sakralnych. W przeciwieństwie do, kipiących od przepychu, katolickich sanktuariów podobnej rangi, Grabarka prezentuje się nader skromnie, a główna cerkiew jest mała i drewniana. Ciekawe jest także otoczenie kościoła – znajduje się tu cały las wotywnych krzyży, które znoszą pielgrzymi rok w rok przybywający na święto Przemienienia Pańskiego. 

Podlasie

Bug, który przekroczyliśmy w Mielniku, na tym odcinku nie stanowi już granicy państwowej, ale rozdziela dwa województwa: mazowieckie i podlaskie. A wkrótce po pokonaniu rzeki rozciągają się przed nami znajome widoki Podlasia. Znajome, bo krowy i pastwiska, łąki, lasy i nieużytki przypominają nam  wyprawę sprzed roku, kiedy pokonaliśmy odcinek szlaku z Białegostoku do Suwałk. Podlasie z jednej strony przyjazne jest rowerzystom-podróżnikom, bo miejsca pod namiot tutaj dostatek, a sielskie krajobrazy łechcą nasze poczucie estetyki jeszcze bardziej niż na wcześniejszym odcinku szlaku. Z drugiej strony podlaskie szutry, piaski i kocie łby przypominają mi dlaczego w tym roku założyłem dwucalowe opony…

Białowieski Park Narodowy

Jeden z najstarszych Parków Narodowych w Polsce wita rowerzystów długą droga przez las. Przy okazji zajeżdżamy w kolejne miejsce kultu. W sercu lasu, na terenie uroczyska Krynoczka, kryje się Cerkiew Świętych Braci Machabeuszy, wzniesiona w pobliżu cudownego źródełka. Woda z niego pozyskana ma mieć moc leczenia chorób, a przybyli pielgrzymi zwilżają chore miejsce nasączoną w niej chusteczką, którą potem wieszają na ogrodzeniu za studnią. 

W Parku Narodowym szlak Green Velo zaprowadzi Was do rezerwatu pokazowego żubrów, gdzie podziwiać możecie nie tylko króla puszczy, ale także wilki, jelenie i inne dzikie zwierzęta.

Czy wiesz, że…?
… w połowie XIX wieku podjęto próbę stworzenia krzyżówki krowy i żubra, nazwanej żubroniem. Celem eksperymentu było wyhodowanie wytrzymałej i odpornej rasy bydła, która mogłaby być trzymana w chowie półdzikim. Próby niestety nie dały zadowalających wyników. Dziś na terenie całej Polski żyje tylko kilka żubroni, z czego dwa można zobaczyć w rezerwacie pokazowym na terenie Białowieskiego Parku Narodowego.

Rezerwat pokazowy warto odwiedzić choćby ze względu na to, że przy powierzchni parku wynoszącej ponad 105 km² szanse na spotkanie żubra (czy innego dużego zwierza) w naturze, podczas rowerowej wycieczki przez puszczę, są raczej minimalne. 

Warto też przejść się szlakiem Żebra Żubra po drewnianej kładce, żeby zobaczyć trochę dzikszą część puszczy. Kładka jest wąska i nie wolno po niej jeździć rowerem, więc będziecie musieli prowadzić.

Białowieża

W Białowieży koniecznie trzeba odwiedzić Skansen Architektury Drewnianej Ludności Ruskiej Podlasia. Na terenie muzeum znajdziecie dziewięć budowli drewnianych (domy mieszkalne, wiatraki i mała cerkiew), reprezentujących tradycyjne podlaskie budownictwo drewniane z XIX i początku XX wieku. Warto przy tym zaznaczyć, że wszystkie obiekty są autentyczne i zostały na teren skansenu sprowadzone z różnych zakątków Podlasia.

Sama Białowieża nie jest jakoś szczególnie ciekawa. Warto jeszcze zajrzeć do Parku Pałacowego i zobaczyć miejscową cerkiew. I w sumie tyle. Poza tym oczywiście można przejechać się szlakiem rowerowym przez puszczę, co też robimy.

Rowerem przez Puszczę Białowieską

Przez teren puszczy prowadzi kilka szlaków rowerowych. Decydujemy się na jeden z nich i ponownie zbaczamy ze szlaku Green Velo, żeby zagłębić się w las. A las faktycznie jest dziki i pierwotny, o czym przypominają liczne konary butwiejące pośród zdrowych, rosłych drzew. Niektóre dęby muszą być naprawdę bardzo stare, na co wskazują grube pnie, pnące się hen, wysoko w górę. Po drodze mijamy dwie ostoje żubrów, jednak nie ma co liczyć na to, że o tej porze roku uda się tu zaobserwować zwierzęta. Próbować należałoby zimą, kiedy żubry dokarmiane są z porozstawianych tutaj paśników.

Las opuszczamy w pobliżu Zalewu Siemianówka, który znany jest z tego, że pojawił się w jednym z filmów z serii Opowieści z Narni

Kraina otwartych okiennic

Niewiele kilometrów ujechaliśmy szlakiem Green Velo, a już pojawia się kolejna okazja do zboczenia z trasy. Tym razem pretekstem jest kraina otwartych okiennic – zespół wsi Trześcianka, Soce, Ciełuszki i Puchły. Nazwa tego obszaru wiąże się z bardzo charakterystycznym elementem miejscowej architektury. Tutejsze domy pochwalić się mogą bogatą gamą zdobień, widocznych szczególnie na kolorowych, drewnianych okiennicach.

W Puchłach, poza okiennicami, zachwyca także piękna, błękitna cerkiew Opieki Matki Bożej z XVI wieku. Powstanie kościoła łączy się z legendą o objawieniu w XVI w. cudownej ikony Matki Boskiej Opiekuńczej. 

Pod lipą rosnącą na pagórku, na którym obecnie stoi cerkiew, zamieszkał stary człowiek cierpiący na obrzęk nóg. Modląc się pewnego dnia zauważył na wierzchołku drzewa obraz Matki Bożej i wkrótce jego choroba ustąpiła. Na pamiątkę tego wydarzenia miejsce to nazwano Puchły, od słowa opuchli, które w lokalnej gwarze oznaczało m.in. obrzęknięte kończyny.

Polscy Tatarzy w Kruszynianach

A skoro już zbaczamy z Green Velo często i chętnie, to na wysokości miejscowości Gródek ponownie zjeżdżamy ze szlaku w wynoszącą około 17 km drogę, która wiedzie głównie przez las. Sporo jest tu piachu, na szczęście opony 29×2.0 są w stanie przejechać po wszystkim. Trasa prowadzi nas na sam kraniec Polski, w pobliże granicy z Białorusią. Tutaj znajduje się niezwykle ciekawe miejsce – Kruszyniany. Wieś słynąca z tego, że zamieszkiwali ją (i po części zamieszkują po dziś dzień, choć nie są już liczni) polscy Tatarzy. Osada powstała 12 marca 1679 roku, kiedy Jan III Sobieski nadał zasłużonym Tatarom, biorącym udział w wojnie Rzeczpospolitej z Imperium Osmańskim, wsie: Kruszyniany, Nietupa, Łużany, oraz część Poniatowicz. W Kruszynianach osiadło 45 tatarskich rodzin. Lipkowie, bo tak się ich tutaj nazywa, wciąż kultywują własne tradycje, pielęgnując tatarską tożsamość. 

Tatarzy to ludność muzułmańska, a w Kruszynianach koegzystują obecnie trzy religie: prawosławie, katolicyzm oraz islam (a na początku XX wieku wieś zamieszkiwali również Żydzi). Lipkowie mają tutaj swój meczet. Meczet niezwykły, bo pozbawiony minaretów, za to pomalowany na zielono i do złudzenia przypominający tutejsze cerkwie. Z zewnątrz jedynie półksiężyce zatknięte na dwóch kopułach przypominają, że nie jest to kościół prawosławny. Meczet można zwiedzić za skromną opłatą, a w trakcie zwiedzania tatarski przewodnik opowie Wam więcej na temat historii swego ludu, miejscowych zwyczajów i anegdot z życia tatarskiej społeczności. 

Po zwiedzaniu meczetu warto zjaść także na tutejszy Mizar, na którym znajdują się nagrobki datowane nawet na XVIII wiek. Muzułmanie nie uznają ekshumacji, a w miejscu, w którym spoczywa człowiek nie można już pochować nikogo innego. Z tego powodu cmentarz zajmuje spory obszar, a historyczne nagrobki sąsiadują tu z całkiem współczesnymi. Te same nazwiska często powtarzają się na nagrobkach: Chaleccy, Masłowscy, Popławscy. Nazwiska typowo polskie i tylko niektóre orientalnie brzmiące imiona (Dżeneta, Mustafa) przypominają, że mamy do czynienia z ludnością nieco bardziej egzotyczną.

Na koniec wycieczki warto udać się na obiad do miejscowej restauracji Tatarska Jurta. I choć lokal nie mieści się w jurcie, to będziecie tu mieli niepowtarzalną okazję skosztowania tradycyjnych tatarskich specjałów.  

I na koniec do Białegostoku

Po powrocie z Kruszynian ostatni odcinek trasy tegorocznej wyprawy prowadzi nas w stronę Białegostoku. Jeśli nie macie dość zabytków sakralnych, to po drodze możecie odwiedzić jeszcze Monaster Zwiastowania Przenajświętszej Bogurodzicy i św. Jana Teologa w Supraślu, o długiej i burzliwej historii, który my z braku czasu musieliśmy niestety ominąć. Wkrótce docieramy do stolicy województwa podlaskiego, gdzie kończy się nasza tegoroczna przygoda. 

Odcinek z Białegostoku do Suwałk

Ale koniec jednej podróży wcale nie jest równoznaczny z końcem tego nieprzeciętnie długiego artykułu. Pora teraz na małą retrospekcję i cofnięcie się w czasie do połowy maja 2019, kiedy to pokonaliśmy drogę z Białegostoku do Suwałk. Odcinek ten, choć krótszy, jest niemniej ciekawy, albowiem przejeżdżamy tu przez aż trzy parki narodowe.

Nad Narwią

Pierwszym z nich jest Narwiański Park Narodowy, położony niespełna 25 km od stolicy województwa. Dojeżdżamy tu szlakiem Green Velo, poprowadzonym wzdłuż bardzo spokojnej drogi. W pierwszej kolejności udajemy się nad punkt widokowy na zerwanym moście w Kruszewie. Miejsce jest wyjątkowo pechowe jeśli chodzi o budowę mostów – wzniesione tu konstrukcje zawaliły się już dwa razy. Pierwszy most zbudowano w roku 1903 i zniszczony został w czasie I wojny światowej w 1915. Kolejny, długi i bardzo niestabilny, stanął w roku 1928. I wkrótce kolejna wojna światowa przyniosła mu zgubę. Co ciekawe, w obydwu przypadkach wojny wybuchały w 11 lat po postawieniu mostu. Taka przypadkowa, bądź co bądź, zbieżność szybko stała się przedmiotem legendy, mówiącej, że za zniszczeniami stoi sam szatan, który- oszukany przez pierwszych budowniczych mostu – miał na to miejsce rzucić klątwę. O wzniesieniu kolejnej przeprawy już nikt nie myśli, z obawy przed następną wojną.

Narew w tym miejscu rozlewa się meandrami pośród zarośli i sitowia. Z przeprawą przez rzekę mamy problem i my. Między miejscowościami Śliwno i Waniewo znajduje się kładka i szlak turystyczny, który pozwala przekroczyć Narew. Haczyk polega na tym, że fragmenty kładki są od siebie oddzielone i pomiędzy nimi trzeba przeprawić się na pomocą pontonowych promów na łańcuchach.

Takich pontonów jest kilka i na całe szczęścicie, zanim wdrapaliśmy się na dwa pierwsze, turyści nadchodzący z drugiej strony uprzedzili nas, że na samym końcu szlaku ostatni prom jest nieczynny. Podobno wcześniej miał tu miejsce jakiś wypadek. Szkoda, że przy wejściu na kładkę nie ma żadnej informacji o takiej niespodziance. Ta drobna niedogodność zmusiła nas do zmiany planu i powrót do szlaku Green Velo.

Tykocin, czli kolejne historyczne miasto

Kierując się dalej Green Velo w stronę Biebrzy, mijamy przepięknie zachowany Tykocin. Miasto może poszczycić się długą historią- prawa miejskie uzyskało już w 1425 roku z nadania księcia Mazowieckiego Janusza I Starszego. Nie dziwi więc, że na terenie Tykocina zachowało się ponad 100 zabytkowych obiektów. Najcenniejszy z punktu widzenia kulturowego jest (cytując za Wikipedią) Najstarszy zespół urbanistyczny historycznego Podlasia z zachowanym układem charakterystycznym dla miasteczka żydowskiego. Zresztą mniejszość pochodzenia żydowskiego wcale nie była w Tykocinie mniejszością, a sama osada stanowiła jeden z największych ośrodków kultury żydowskiej w przedwojennej Rzeczpospolitej. 

Czy wiesz, że…?
… pierwsze dziesięć rodzin żydowskich sprowadził do Tykocina w 1522 roku  wielki kanclerz litewski Olbracht Gasztolt. Tymczasem już w 1800 roku mieszkańcy pochodzenia żydowskiego stanowili ponad 70% ludności miasta, tworząc jednocześnie drugą co do wielkości (zaraz po Krakowie) gminę żydowską w Polsce. 

Wszyscy zainteresowani historią wyznawców judaizmu na terenach Rzeczpospolitej Obojga Narodów mogą tutaj zwiedzić Muzeum Kultury Żydowskiej, które mieści się w budynku dawnej synagogi. Z kolei na obrzeżach miasta znajduje się zrekonstruowany zamek Zygmunta II Augusta. 

Uwaga! Łosie na carskiej szosie!

Tykocin opuszczamy od północnej strony, wąską uliczką, co ją kramy z pamiątkami zajmowały. Dalej jedziemy kawałek Podlaskim Szlakiem Bocianim, który biegnie równolegle do Green Velo, północnym brzegiem Narwi. Za miejscowością Sękowa Góra oba szlaki łączą się na odcinku prowadzącym w stronę miejscowości Osowiec. To słynna Carska Droga, która prowadzi nas przez Biebrzański Park Narodowy.

Szosa powstała na przełomie XIX i XX wieku, by połączyć forty Łomża, Osowiec i Grodno. Na tym odcinku drogę wzniesiono na grobli usypanej na wcześniej niedostępnych bagnach. Przy drodze znajdują się charakterystyczne znaki ostrzegające przed spotkaniem z łosiem. Niestety, nie natknęliśmy się na żadnego. Wzdłuż carskiej szosy znajduje się kilka szlaków oraz wieże widokowe i pomosty, które pozwalają podziwiać piękno miejscowej przygody. 

Noc spędzamy na terenie parku. Sam Król Biebrzy użyczył nam skrawka swojej ziemi, abyśmy mogli rozstawić namiot. Pan Krzysztof to postać niezwykle ciekawa, człowiek który porzucił życie w stolicy aby osiąść w skromnym domku, blisko natury, w samym sercu Biebrzańskiego Parku Narodowego. W środku nocy budzi nas tętent kopyt stada półdzikich koni. To koniki polskie pana Krzysztofa, które biegają swobodnie po biebrzańskich łąkach, chroniąc je przed zarastaniem. Jeden z koników dobrał się do zalanej wodą menażki, w której moczyły się pozostałości przypalonej kolacji. Przy okazji poprzewracał nam rowery i musiałem go siłą odpędzać. 

Twierdza Osowiec

Carska droga w końcu doprowadza nas do Osowca-twierdzy, w którym mieści się siedziba parku oraz pozostałości carskiej twierdzy z drugiej połowy XIX wieku. Sama twierdza składała się z czterech strategicznie rozlokowanych fortów, z czego dwa (Fort II i Fort III) są aktualnie niedostępne. Ruiny Fortu IV (nowego) ciągną się w pobliżu carskiej szosy, po drodze do Osowca, i wytyczono tamtędy ścieżkę historyczno-przyrodniczą.

Nas interesuje Fort I (Centralny), który co prawda jest własnością wojska, ale został częściowo udostępniony do zwiedzania turystom. Muszę jednak zaznaczyć, że zwiedzanie odbywa się w określonych godzinach i możliwe jest tylko przy udziale przewodnika. Ma to swoje plusy, albowiem przewodnik opowie Wam sporo na temat historii Osowca, a uwierzcie mi, że jest o czym opowiadać. W momencie powstania twierdza należała do najnowocześniejszych na świecie i stanowiła element sieci umocnień, które, w myśl ówczesnej doktryny wojennej Imperium Rosyjskiego, miały zabezpieczać jego obszar na linii Niemen-Biebrza-Narew-Bug-Wisła, chroniąc przed inwazją ze strony Prus.  Niewielka, położona pośród biebrzańskich bagien twierdza pozostała niezdobyta przez cały okres I wojny światowej, mimo trwającego ponad pół roku oblężenia. 

Atak żywych trupów
Osowiec przeszedł do historii na skutek dramatycznej i zarazem makabrycznej obrony Rosjan, nazywanej później atakiem umarłych. 6 sierpnia 1915 roku Niemcy rozpoczęli trzecią ofensywę. Dwa poprzednie ataki na fort okazały się nieskuteczne, dlatego tym razem dowództwo pruskie postanowiło wykorzystać straszliwą broń – gazy bojowe. Około godziny 4 nad ranem Niemcy okręcili kurki kilku tysięcy butli, zawierających mieszankę chloru i bromu. Chmura o szerokości około ośmiu kilometrów zasnuła twierdzę, zabijając całe załogi kompanii 9, 10 i 11, ponieważ Rosjanie nie posiadali na wyposażeniu twierdzy masek gazowych. Żołnierze ginęli okrutną śmiercią, kiedy trujący gaz wypalał ich płuca od środka.  Z około 900 obrońców przy życiu pozostało ledwie stu, z czego większość w stanie agonalnym. Kiedy wiatr rozpędził tumany gazu, niemieckie oddziały weszły na teren Twierdzy Osowiec, spodziewając się znaleźć jedynie stos trupów. Zaskoczył ich jednak rosyjski kontratak. Garstka umierających żołnierzy, o twarzach obwiązanych zakrwawionymi szmatami, wyszło im na przeciw. Nie mieli już nic do stracenia. Wypluwając krew i fragmenty własnych płuc, z zachrypłym okrzykiem na ustach ruszyli do szarży na bagnety. Ten desperacki atak tak przeraził Niemców, że 7 batalionów Landwehry (czyli około 7000 ludzi) rzuciło się do panicznej ucieczki, pozostawiając twierdzę w rękach Rosjan. 

Kanał Rudzki, Kuligi i Czerwone Bagno

Historia twierdzy Osowiec przypomina nam jak potworna potrafi być wojna. Opuszczając to smutne miejsce ponownie rozstajemy się na jakiś czas ze szlakiem Green Velo, żeby zobaczyć Czerwone Bagno w pobliżu miejscowości Grzędy. Po drodze mijamy pozostałości zrujnowanego Fortu II (Zarzecznego), a jeszcze dalej przekraczamy Kanał Rudzki i jest to chyba jeden z najbardziej malowniczych fragmentów trasy.

Przy okazji doświadczamy też w pełnej rozciągłości wszystkiego, co Podlasie ma do zaoferowania rowerzyście, bo- poza sielskimi widokami- jedziemy (a właściwie idziemy, bo jechać się nie da) też piaszczystą drogą przez las i pokonujemy odcinek kocich łbów (i choć nie jest to fragment trasy Green Velo, to jednak poprowadzono tędy inny szlak rowerowy).Po drodze czeka nas też niespodzianka – elegancka wiata przy miejscowości kuligi, na dodatek przy samej rzeczce Jegrznia. Jak możecie się domyślić, zostajemy tu  na noc. 

Samo Czerwone Bagno to bardzo ciekawy rezerwat, który powstał w celu ochrony pierwotnych bagien i wałów wydmowych (zwanych grzędami). Obszar jest duży i dlatego warto poruszać się w jego obrębie rowerem, choć niektóre szlaki można zwiedzić tylko pieszo. Znajdziecie tu nie tylko bagno i wydmy, a le też ścieżki edukacyjne, a umieszczone przy szlakach tablice przekazują sporo informacji na temat tradycyjnego osadnictwa w tych regionach, a nawet na temat bartnictwa. 

Powrót na Green Velo

Na szlak wracamy dopiero za Augustowem, po drodze zwiedzając przy okazji sanktuarium w Studzienicznej. Dalej Green Velo prowadzi przez lasy, a przy uroczysku Podlipki znajduje się podręcznikowo położony MOR – brawo, właśnie w takich miejscach tych MORów potrzeba. W centrum lasu, a nie w centrum wsi. Szlak wiedzie wzdłuż Czarnej Hańczy, gdzie podziwiać można moczary i bagniska i w takim akompaniamencie docieramy w okolice Jeziora Wigry.

Wigierski Park Narodowy

Czwarty co do wielkości Park Narodowy w Polsce powstał w celu ochrony unikalnych walorów przyrodniczych i krajobrazowych wokół Jeziora Wigry. Krajobraz ten ukształtował lądolód, który cofając się na koniec ostatniej epoki lodowej, wyrzeźbił mozaikę jezior i wzgórz, pośród których ciągną się pola i lasy. Dziś znajdziecie tu liczne szlaki piesze, rowerowe, czy oczywiście kajakarskie. My najpierw zwiedzamy okolice klasztoru Kamedułów w Wigrach.

Potem udajemy się nad Jezioro Suchary, gdzie ścieżka edukacyjna pozwala podziwiać florę wokół bezodpływowych jeziorek, utworzonych właśnie przez lodowiec. Jeziorka te zwane są sucharami, nie ze względu na brak wody, a niedobór składników odżywczych, który sprawia że nie znajdziecie w nich zbyt wielu żywych organizmów.

Suwałki, koniec wyprawy i koniec artykułu.

Na zakończenie wyprawy lądujemy na polskim biegunie zimna, czyli w Suwałkach, gdzie faktycznie marzniemy na polu namiotowym. Jest to koniec naszej przygody ze szlakiem Green Velo i zarazem koniec tego przydługiego posta, który zajął 25 stron A4 samego tekstu (bez zdjęć). Wydaje mi się, że można znaleźć cieńsze książki. Każdemu, kto dotrwał do końca gratuluję wytrwałości i zachęcam do odbycia własnej podróży Wschodnim Szlakiem Rowerowym. 

Czy post był pomocny?

Kliknij gwiazdkę, by ocenić.

Średnia ocena 4.9 / 5. Liczba głosów: 17

Brak ocen. Możesz być pierwszy...

Udostępnij Post:

Share on facebook
Facebook
Share on google
Google+
Share on twitter
Twitter
Share on email
Email
Artur Bowsza

Artur Bowsza

Czołem! Jestem twórcą serwisu Życie w Namiocie. Jeżeli podobają Ci się moje teksty, koniecznie zajrzyj tu jeszcze kiedyś. A jeśli pragniesz znaleźć więcej ludzi dzielących pasję do podróży, dołącz do naszej gupy na facebooku:

Podróże i Przygoda

7 Replies to “Szlakiem Green Velo – odcinek Przemyśl-Suwałki”

  1. Niesamowity material, ale koncowka rozbawila mnie w tym sensie, ze czytajac to zastanawialem sie nad proporcjami — z tydzien jazdy i dwa tygodnie pisania? 🙂 Dziekuje!

      1. Dobra, może z tymi dwoma miesiącami przesadziłem, bo nie zabrałem się za pisanie od razu po powrocie, ale sporo czasu zajęła obróbka zdjęć.

  2. Arturze, dziękuję Ci bardzo za ten wpis – przywróciłeś mi lekko wiarę w Green Velo. Ja w tym roku pierwszy raz wybrałam się na szlak i niestety tylko w podlaskim… 30km jednego dnia po tarce po traktorze (czasem jeszcze w głębokim piachu) wzbudziło we mnie ogromną niechęć do podążania dalszymi szlakami Green Velo. Niemalże wszystkie (ja nie miałam okazji jechać innymi) szlaki Green Velo prowadzące przez las prowadzą drogami pożarowymi wyjeżdżonymi przez ciężkie samochody wożące drewno a jazda tymi drogami jest całkowity przeciwieństwem przyjemności. Jeżdżąc tymi drogami zastanawiałam się jakim cudem w ogóle ktoś wpadł na pomysł nazwania tego szlakiem rowerowym – moje wrażenia były takie że ktoś na siłę chciał stworzyć szlak wschodni jak najmniejszym kosztem… osobiście wolałabym luki w trasie żeby móc samodzielnie sobie znaleźć drogę niż podążać rzekomym szlakiem rowerowym firmowanym Green Velo.
    Niestety ja po swoich doświadczeniach Green Velo nie polecę, ale najwyraźniej źle trafiłam z wyborem województwa. Natomiast bardzo pozytywnie zaskoczył mnie szlak R11 którym również miałam okazję jeździć w podlaskim.

    1. No niestety, taka specyfika Podlasia. Szkoda że na stronie GV jakoś wyraźnie o tym nie ostrzegają, bo faktycznie jeśli ktoś nie wie na co się pisze, to można się nieprzyjemnie zdziwić. Z tego, co słyszałem, to podobno odcinek do Elbląga tez nie jest zbyt fajny – tu z kolei ze względu na ruchliwe drogi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Życie w Namiocie logo

Jeżeli uważasz, że ze wszystkich potraw najlepiej smakuje przygoda, a serce bije Ci mocniej na myśl o kolejnej podróży w nieznane, Życie w Namiocie to miejsce dla Ciebie!

Najnowsze Wpisy

Filmy

Marin Four Corners - wideorecenzja Stojak serwisowy z Lidla - wideorecenzja

Życie w Namiocie na Facebooku