Stepy Kozłowa – Emine Bair-Chosar

Share on facebook
Facebook
Share on google
Google+
Share on twitter
Twitter
Share on email
Email

Gdzie orły dróg nie widzą kończy się chmur jazda,
Minąłem grom drzemiący w kolebce z obłoków,
Aż tam, gdzie nad mój turban była tylko gwiazda,
To Czatyrdach!

A. Mickiewicz Widok gór ze stepów Kozłowa

Emine Bair-Chosar, jedna z najpiękniejszych jaskiń na Krymie

Krym słynie z jaskiń. Znajdują się tu jedne z najbardziej malowniczych europejskich pieczar krasowych: Mramorna i Emine Bair-Chosar. Obie należą do niejakiego Kozłowa. Zresztą nie tylko jaskinie, także Toczka oraz szereg obiektów turystyczno-wypoczynkowych zlokalizowanych na Czatyrdahu i całym Krymie, m.in. gospodarstwo, w którym przyjdzie nam mieszkać w Bakczysaraju. Dziwnym trafem zawsze będziemy spać lub stołować się w miejscach należących do owego posępnego jegomościa- zupełnie jakby był on właścicielem całego półwyspu. Kozłowa nie mieliśmy zaszczytu poznać osobiście, znamy go jedynie ze zdjęć, choć raz, wędrując przez step, widzimy z daleka czarny samochód, zaparkowany na poboczu drogi. Koło pojazdu stoi, ubrany również na czarno, drab niedźwiedziej postury, o twarzy, delikatnie mówiąc, nie wzbudzającej zaufania. Kawałek dalej, na poboczu drogi, wśród skał starszy mężczyzna zbiera grzyby. To, podobno, właśnie Kozłow.Wejście do jaskini Emnine Bair-Chosar

Wracając do jaskiń: tych na płaskowyżu jest bardzo dużo, lecz większość to tylko niewielkie, krótkie nory w porównaniu z rozległymi korytarzami Mramornej i Bair. Wędrując samotnie po stepie Czatyrdahu należy zachować ostrożność, szczególnie jeżeli zdecydujemy się zejść z wydeptanych ścieżek. Albowiem może się zdarzyć, że noga nieostrożnego wędrowca omsknie się na śliskiej skale i wpadnie do jednego z wielu lejów krasowych rozsianych po okolicy i ukrytych zdradziecko pod gęstą, niską roślinnością porastającą step. Takiego pechowca czeka niechybnie los podobny do losu współczesnych znalezisk z Emine. Jaskinia ta, ze względu na swoją konstrukcję stała się prawdziwą kopalnią skarbów dla paleontologów.

Dzisiejsze wejście zostało wykute w skale, wcześniej, przez setki tysięcy lat jedyną drogę do wnętrza groty stanowiła dziura w suficie, z której gwałtowna pionowa wędrówka w dół kończyła się twardym i zazwyczaj śmiertelnym lądowaniem pośród strzelistych stalagmitów. W ten bolesny i niespodziewany sposób żywot swój zakończyli liczni przedstawiciele fauny plejstoceńskiej, których szczątki możemy obecnie podziwiać, zwiedzając pieczarę. Są to m.in. jeleń olbrzymi, antylopa suhak, bizon pierwotny, a nawet młody mamut, choć szkielet tego ostatniego pozbawiony jest głowy (która zapewne przyozdabia obecnie kominek któregoś z miejscowych bogaczy). Grota jest głęboka, a jej mroczne i kręte korytarze co rusz przyozdabiają girlandy fantastycznych kształtów, jakie przybierają tu formy krasowe- stalaktyty i stalagmity, a także zrośnięte ze sobą stalagnaty.

Korzystając z okazji, pewnego dnia wybieramy się na samotną wycieczkę bez przewodnika i bez włączonego oświetlenia do samego jądra ciemności, czarną kurtynę wąskich, wapiennych gardzieli przebijając jedynie wątłym klinem światła pochodzącego z naszych czołówek. Błądzimy na wpół po omacku po krętych korytarzach, wśród zwisających z sufitu i wystających z podłogi trójkątnych zębów. Od czasu do czasu snop światła zakłóca nam czarny roztrzepotany kształt- zdenerwowany nietoperz został brutalnie wyrwany ze snu. Ludzki wzrok nie jest w stanie przeniknąć atramentowych ciemności, człowiek, który trafiłby w to miejsce bez źródła światła, niechybnie byłby zgubiony i, prędzej czy później, tracąc grunt pod stopami, runąłby w odmęty czarnego jeziora lub z łoskotem poszybował na samo dno stromej przepaści.

Przed jaskinią siedzą trzy przygarbione kształty.

Brudni, ubrani w grube, namoknięte łachmany przycupnąwszy na ławeczkach sączą piwo z plastikowych butelek. Wkrótce z mroku wapiennych ścian wyłaniają się jeszcze dwa pokurczone kształty, sunąc z mozołem targają na plecach ciężkie, ubłocone worki.

Zbliżają się z nimi do krawędzi zbocza i z donośnym łomotem wysypują zawartość, pozwalając kanciastym kamulcom toczyć się swobodnie w dół. Mam dość wypowiada ze zmęczeniem jedna z postaci i ciężko siada na ławce obok. My też mamy dość. Przyjechaliśmy tu z zadaniem płukania próbek. Próbki ziemi z jaskini zawierają materiał kostny, czasami bardzo drobny, zmieszany jednak z osadami pochodzącymi z dna groty. Takie próbki należy wypłukać, używając drobnego sita a następnie, przepłukany i odsiany materiał wysuszyć na słońcu. Niestety plan ten spalił na panewce- zabrakło słońca. Jest przełom września i października- o tej porze roku na Krymie powinno być jeszcze pogodnie i gorąco, niestety trafiliśmy na najzimniejszy początek jesieni od kilku stuleci. Codziennie wita nas mgła i deszcz, słońca prawie nie widujemy, do tego jest bardzo zimno. Rozgrzewamy się jak możemy, najczęściej alkoholem. Tego jednego jak na razie nie brakuje.

Codziennie wstajemy wcześnie rano i zjadłszy swoją porcję kaszy ubieramy nasze brudne i ciężkie ubrania robocze. Ciuchy muszą być grube żeby nie przemokły- w jaskini panuje ciągła wilgoć, nieustannie coś kapie na głowę, kamienie, które przyszło nam wyciągać całe uwalane są błotem. Ubieramy się i idziemy przez step, idziemy jakieś dwadzieścia minut. Wędrujemy wąską, krętą ścieżką wśród pagórków. Bo step nie zawsze musi być równy jak stół. Jesteśmy na płaskowyżu, wysoko w górach, tutaj, choć obszar Czatyr-Dahu porasta roślinność typowo stepowa powierzchnia terenu jest pofałdowana, pełna dołów i załomów, kryjących rozmaite niespodzianki, głównie mniejsze i większe jaskinie czy leje krasowe.

Czatyr-Dah posiada niejako dwa poziomy- płaskowyż główny, na którym się znajdujemy porośnięty jest stepem. Kawałek dalej, na nieznacznym obniżeniu terenu, pośród wapiennych skał znajduje się obszar bukowego lasu, a kierując się w stronę części południowej trzeba przedzierać się przez niskie, splątane skupiska kosodrzewiny. Na południu znajduje się druga góra. Wydłużony kształt, na którego krańcach wystają dwa spiczaste różki rozciąga się nad równiną niczym posępna, kamienista plandeka ogromnego namiotu. Step jest pusty, zamieszkują go głównie ptaki i zające, gronostaje czy inne drobne stworzenia. Podobno wiosną można usłyszeć tu tętent setek końskich kopyt- wielki, pusty obszar wykorzystuje się jako sezonowe pastwisko. O tej porze roku stad już nie ma i płaskowyż pustoszeje.SONY DSC

Każdego ranka wędrujemy w stronę groty, a wraz z chłodnym powiewem wiatru naszych nozdrzy dobiega zapach górskich ziół. Na Bair docieramy różnie, nikt nie przejmuje się tym żebyśmy byli na miejscu punkt ósma- nikt nam tutaj za nic nie płaci. Na Bairze jemy drugie śniadanie- z reguły znacznie lepsze niż kasza z masłem. Przyrządzamy sobie małą ucztę i wychylamy po kielichu na rozgrzewkę. Ukraińska wódka ma tę właściwość, że nie powoduje odruchów wymiotnych, na drugi dzień nie występuje też zjawisko kaca. Może to wódka, może wpływ czystego górskiego powietrza, nie wiadomo. Po śniadaniu każdy zajmuje się swoimi obowiązkami- czyli my wracamy do jaskini, a dziewczyny wędrują do ciepłego gabinetu i przebierają zeszłoroczne próbki. Drobne kosteczki wraz z okruchami piasku i innych zanieczyszczeń rozkładają na stole, następnie za pomocą pęsety oddzielają ziarno od plew (czyli kościod śmieci) i pakują do przypisanych woreczków.SONY DSC

To znacznie przyjemniejsza robota niż noszenie kamieni, toteż często przychodzimy tutaj i też bawimy się w przebieranie próbek. Dziewczyny dla zabicia nudy popijają drinki, nic dziwnego, że ochoczo korzystamy z ich gościnności. Zwłaszcza, iż w naszej jaskini korytarze są zimne i kręte a z workiem kamieni na plecach musimy pokonać wiele kamiennych stopni, najczęściej przeciskając się pomiędzy grupami turystów. Wśród tych jest wielu Rosjan. Mijając ich staramy się wypowiadać różne słowa po niemiecku. Niech myślą, że u Niemców taki kryzys przyszedł, aż przyjeżdżają za chlebem na Ukrainę, kamienie nosić. Śmiejemy się.

SONY DSC

Dzień mija przeplatany kolejnymi drinkami i kolejnymi transportami kamieni. Po południu urządzamy sobie kolejną ucztę i wypiwszy jeszcze po kieliszku wracamy do Kropki. Słońce chyli się już ku zachodowi i znów omiata nas zimny wiatr. Na Toczce zjadamy kaszę lub makaron i kąpiemy się, jeśli wypadł dzień parzysty. Wieczorem ponownie sięgamy po alkohol i zabijamy czas grając w karty lub po prostu gawędząc między sobą. Wypijamy piwa, raczymy się słodkim Inkermańskim winem, koniakiem, ukraińską wódką.

Kiedy opuszczaliśmy Toczkę w całym schronisku nie ma już ani kropli alkoholu, na szczęści autobus, którym mieliśmy zjechać na dół przywiózł również upragnione trunki, ochoczo uzupełniamy zapasy. Tak oto, w lekkim zamroczeniu, wśród gęstej mgły i lodowatego wichru mijały nam dni wśród Stepów Kozłowa.

Czy post był pomocny?

Kliknij gwiazdkę, by ocenić.

Średnia ocena 0 / 5. Liczba głosów: 0

Brak ocen. Możesz być pierwszy...

Udostępnij Post:

Share on facebook
Facebook
Share on google
Google+
Share on twitter
Twitter
Share on email
Email
Artur Bowsza

Artur Bowsza

Czołem! Jestem twórcą serwisu Życie w Namiocie. Jeżeli podobają Ci się moje teksty, koniecznie zajrzyj tu jeszcze kiedyś. A jeśli pragniesz znaleźć więcej ludzi dzielących pasję do podróży, dołącz do naszej gupy na facebooku:

Podróże i Przygoda

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Życie w Namiocie logo

Jeżeli uważasz, że ze wszystkich potraw najlepiej smakuje przygoda, a serce bije Ci mocniej na myśl o kolejnej podróży w nieznane, Życie w Namiocie to miejsce dla Ciebie!

Najnowsze Wpisy

Filmy

Marin Four Corners - wideorecenzja Stojak serwisowy z Lidla - wideorecenzja

Życie w Namiocie na Facebooku