Gruzińskie Drogi

Asfalt wdziera się w gruzińską dzicz coraz dalej i dalej. Bitumiczna wstęga pnie się w niedostępne góry, a miejsca, w których się pojawi, odmieniają się niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Utwardzone, gruzińskie drogi umożliwiają transport i komunikację, wioski położone przy szosach wyglądają zupełnie inaczej, niż ubogie osady w niedostępnych górach. Domy są tu bogatsze, pojawiają się sklepy, czasem bary. Szosa prowadząca do Mestii jest dla mieszkańców Swanetii prawdziwym błogosławieństwem, w sezonie letnim przetaczają się nią busy z dziesiątkami turystów, ludzie znajdują pracę przy transporcie, prowadzą gościnnice, bary, organizują przejażdżki konne i inne atrakcje.

Asfalt niesie ze sobą zmianę standardu życia. Wzdłuż, prowadzącej ku granicy z Rosją, Gruzińksiej Drogi Wojennej stoją już kurorty narciarskie. Podczas gdy kolejne górskie regiony Gruzji czekają na swoją kolej, sieć utwardzonych dróg na nizinach jest już całkiem dobrze rozwinięta. Największa arteria komunikacyjna prowadzi ze wschodu na zachód kraju, łącząc ze sobą stolicę i wybrzeże.

Gruzińscy kierowcy i ich wspaniałe maszyny

Po gruzińskich drogach jeżdżą samochody- w liczbie przeogromnej. Wspominałem już, że ruch samochodowy w miastach jest uciążliwy, ale poza aglomeracjami wcale nie jest dużo lepiej. W Gruzji auta można spotkać nawet w miejscach, co do których do głowy by nam nie przyszło, że można wjechać tam na maszynie. Dla mieszkańców wielu miejscowości samochód jest prawdziwym wybawieniem, umożliwiającym kontakt ze światem zewnętrznym. Tu auto nie jest dobrem luksusowym- to podstawowy element wyposażenia gospodarstwa domowego. Większość pojazdów nie jest nowych, na kaukaskich drogach królują tanie, używane wehikuły sprowadzane z zagranicy. Stare mercedesy z Europy, Łady, Ziły, Krazy i Kamazy z obszarów poradzieckich, znajdują tu nowe życie. Stan techniczny tych pojazdów pozostawia często wiele do życzenia, normalnym jest widok popękanych szyb, sklejonych prowizorycznie taśmą lub klejem, nie dziwi samochód z urwanymi zderzakami. Czasem zdarza się napotkać klekota, który wygląda, jakby miał się za chwilę rozlecieć. Wolny rynek szybko radzi sobie z podobnymi problemami- warsztat samochodowy stanowi w Gruzji niezwykle intratny interes, dziesiątki podobnych obiektów napotkać można porozrzucanych wzdłuż dróg.

Zasady panujące na gruzińskich drogach

Gruzin samochodem jedzie wszędzie- do pracy, odwiedzić rodzinę na wsi, zrobić zakupy w sklepie za rogiem, albo do kościoła. Jedzie- i to jak! Kaukascy kierowcy ani trochę nie ustępują brawurą nieustraszonemu taksiarzowi o twarzy mudżahedina, który wiózł mnie krętymi dróżkami Czatyrdahu. Gruzini przepisy ruchu drogowego traktują bardziej jako ogólne wskazówki niż sztywne reguły postępowania. W mieście takim jak Kutaisi, gdzie sygnalizacja świetlna występuje sporadycznie, Europejczyk może odnieść wrażenie wszechogarniającego chaosu. To tylko pozory, w rzeczywistości ruch na ulicach jest płynny i odbywa się w myśl dwóch zasad, z których pierwsza i najważniejsza brzmi: jeśli się zmieszczę- jadę a druga: Gruzin zawsze się zmieści.

Klakson zawsze w użytku

Najważniejszym i zawsze sprawnym elementem wyposażenia samochodu jest klakson. Kierowcy używają go często i chętnie i jest to niezwykle użyteczne narzędzie służące do komunikacji. Dźwięk klaksonu nie tylko ostrzega pozostałych kierowców. W dobrym tonie jest pozdrowić donośnym trąbieniem znajomego, który właśnie przechodzi drugą stroną ulicy. A Gruzin ma w swoim mieście samych znajomych.

O! Lasza, widzisz mnie? TRUTUTUTUTU! Gorzej, jeśli Lasza również kieruje pojazdem, wtedy zwyczaj nakazuje odpowiedzieć na pozdrowienie: TRUTUTU!

I tak nieustanny jazgot klaksonów niesie się po całym Kutaisi. Nie muszę chyba dodawać, że widok turystów na rowerach, w co drugim kierowcy wywołuje przypływ życzliwości, który objawia się pozdrawianiem nas w jedyny słuszny sposób. W ciągu kilku tygodni podróży uczymy się też rozróżniać dźwięk oznaczający Witajcie, życzymy wszystkiego dobrego od Spieprzać! Jadę ciężarówką z nogą zablokowaną na pedale gazu! W tym drugim przypadku zawsze posłusznie i pośpiesznie spieprzamy na pobocze. Rowerzyści nie mają tutaj łatwego życia, a po setnym pozdrowieniu, usłyszanym w ciągu kilku pierwszych godzin dnia, z moich ust zaczynają wydobywać się wiązanki bluzgów, gdy słyszę każde kolejne. Powtórka z Rumunii. Rozważam pozdrawianie gruzińskich kierowców kamieniami.

Luźny stosunek do przepisów ruchu drogowego…

Poza klaksonem, miejscowi posługują się także zmysłem wzroku i słuchu, a wzmożona uwaga pozwala im na unikanie wypadków. Bo mimo wszystko ludzie nie wpadają tu ciągle pod auta, a te nie zderzają się ze sobą. Wszystko działa na zasadach zdroworozsądkowych. Co ciekawe, zdrowy rozsądek znika poza granicami miasta, a w jego miejsce pojawia się trzecia niepisana zasada: Gruziński Kierowca nie zwalnia. Nigdy. Nie ważne, czy na drogę wbiegł właśnie kulawy pies, krowa, czy wgramoliła się nań staruszka w drodze do kościoła (no dobra, bez przesady…). Po prostu: nie zwalniasz, i koniec. Wyprzedzasz na trzeciego, na zakręcie górskiej drogi? Z naprzeciwka wyjechała właśnie ciężarówka? Jesteś Gruzińskim Kierowcą, pamiętaj o trzech zasadach. Nie zwalniaj. Zmieścisz się. I tak to właśnie wygląda…

Droga do Tbilisi. Na wschód, do Azji…

Wobec powyższego nie muszę chyba dodawać, że podróż na rowerze, główną drogą w stronę stolicy, w niczym nie przypomina niedzielnej przejażdżki po parku. Dystans pomiędzy Kutaisi a Tbilisi wynosi 230 km, a ciągły szum mijających nas samochodów nie daje nawet chwili wytchnienia. Pewien odcinek tej trasy jest nawet pełnoprawną autostradą (zaczyna się przed miejscowością Agara i prowadzi do Tbilisi) i, paradoksalnie, jazda rowerem po autostradzie jest dużo bezpieczniejsza i przyjemniejsza. Zawdzięcza to kilku pasom ruchu, w tym jednym awaryjnym, po którym możemy toczyć się rowerem, w bezpiecznej odległości od mijających nas samochodów. Takiego luksusu nie mamy przez blisko połowę trasy, a bliskość rozpędzonych ciężarówek (nie zwalniają…) powoduje nieustanny stres.

Może wydawać się to dziwne, ale rowerem po autostradzie jedzie się naprawdę przyjemnie…

Stragany z wyrobami rzemiosła

Droga szybko staje się monotonna. Jedynym urozmaiceniem są mijane co jakiś czas stragany z lokalnymi wyrobami. Pierwsze pojawiają się stoiska z ceramiką. Piękne naczynia, wśród których w oczy rzucają się liczne wazy, dzbanki, kubki czarki czy butelki na wino. Niektóre bogato zdobione, inne surowe, niemalowane. Duże i małe, proste oraz powykręcane w fantazyjne kształty. Można tu też kupić gliniane rogi do picia i rozmaite pamiątki związane z Gruzją. Moją uwagę przykuwa bogata kolekcja ceramicznych Stalinów: Stalin w mundurze, Stalin siedzący w fotelu, popiersie Stalina, Stalin na butelce do wina, złoty Stalin. Niestety, w Gruzji postać brutalnego dyktatora wciąż darzona jest pewnym sentymentem i niektórzy, najwyraźniej, starają się na tym zarobić. Szybko okazuje się, że na każdym straganie naczynia i figurki są identyczne, odciskane w tych samych formach. Nie jest to, więc produkt miejscowego, domowego rękodzieła, a wielka, masowa produkcja.

Przełęcz Rikoti i tunel

Droga wiedzie w stronę przełęczy Rikoti, wspinając się powoli pod górę. Wzdłuż drogi wyrastają kolejne stragany- tym razem z przekąskami. Z osmolonych, podgrzewanych na ognisku kotłów, buchają w górę tumany pary. To gotowana kukurydza, której zapach roznosi się wzdłuż drogi. Tak to tutaj działa- ktoś miał kilka kolb kukurydzy, metalowy garnek, drewno na ognisko za darmo z lasu. Postawił stragan przy drodze, ktoś kupił, zapłacił, pomysł się przyjął, inni podłapali i teraz co kawałek mamy stoisko z kukurydzą. Kapitalizm. Bez opodatkowanej działalności gospodarczej, bez kontroli sanepidu. Każdy widzi, jak to wygląda, a jeśli się komuś nie podoba- nie kupuje. Proste. W końcu sami decydujemy się przekąsić po kolbie. Smakuje jak pastewna…

W takim garze gotuje się kukurydza. Smakowicie wygląda, prawda? 😉

Wkrótce zbliżamy się do przełęczy Rikoti (996 m n.p.m.). Rikoti, wraz z Przełęczą Suramską, stanowią granicę, dzielącą Gruzję na części wschodnią i zachodnią. Na drugą stronę prowadzi tunel. U jego wylotu znajduje się Azja. Jeśli chcesz wiedzieć, co to adrenalina, spróbuj przejechać przez ten tunel rowerem! Na szczęście jest oświetlony, jednak potęgowany echem, ogłuszający ryk silników, podmuch pędzących aut i widok świateł nadjeżdżających z naprzeciwka ciężarówek mogą doprowadzić do pojawienia się kilku siwych włosów na skroni. A wszystko to na dystansie 1,7 km. Po pokonaniu tunelu wjeżdżamy do Surami. Przełęcz rzeczywiście stanowi granicę. Ze zdumieniem obserwujemy czarne niebo za nami. Deszczowe chmury, które wciąż ścigały nas od pobytu w Swanetii, zostały po drugiej stronie gór. Przed nami rozpościera się czyste i pogodne niebo.

Przy drogach można kupić słoik miodu z okolicznych pasiek.

Twierdza w Surami

Na wzgórzu w Surami wznosi się stara twierdza. Nadgryziona zębem czasu forteca owiana jest mroczną legendą. Podobno zamku całymi latami nie dało się wybudować- fragmenty murów wzniesione za dnia, w ciągu nocy obracały się w ruinę. Miejscowa wiedźma wyszła z poradą: twierdza wymaga ludzkiej ofiary. Następnego dnia młody chłopak zgłosił się na ochotnika i żywcem zamurowano go w fundamentach zamczyska. Ofiara przyniosła oczekiwany skutek- twierdza stoi po dziś dzień.

Okolice Surami porastają sosnowe lasy, pełno tu kempingów, ku niebu wzbijają się kłęby dymu z licznych grilli, wokół czuć zapach pieczonej kiełbasy. Jak nad polskim jeziorem. Przy drodze znów pojawiają się stargany z miejscowymi wyrobami: w Surami są to słodkie chlebki, które kupić można dosłownie na każdym kroku. Pojawiają się też produkty z wikliny: plecione kosze i tym podobne. Dalej, w Chaszuri znajduje się zagłębie produkcji hamaków i leżaków.

Gori, rodzinne miasto Stalina

Droga prowadzi przez Gori, miasto, w którym przyszedł na świat Iosif Wissarionowicz Dżugaszwili, powszechnie znany jako Józef Stalin. W mieście znajduje się nawet muzeum, poświęcone tej osobistości. Straszy tu również postradziecki park, duży, pusty i ponury. Zardzewiałe karuzele niszczeją wśród zaniedbanych alejek.

Nieopodal Gori, zaledwie kilka kilometrów na wschód, znajduje się atrakcja turystyczna naprawdę godna obejrzenia- skalne miasto Uplisciche (Upilistsikhe), jedna z najstarszych osad w Gruzji, położona na szczycie imponującego wzgórza wioska, której domostwa wykute zostały w litej skale.

Dalej krajobrazy zmieniają się w rozległe równiny, a małe miasteczka wyglądają jak wyjęte żywcem z westernów. Tutaj kwitnie uprawa roli, pierwszy raz w czasie naszej wyprawy obserwujemy wielohektarowe uprawy zbóż i kukurydzy, pojawiają się też nowoczesne maszyny rolnicze. Im bliżej stolicy, tym wyższa cywilizacja.

Mccheta, dawna stolica Gruzji

Następnym przystankiem jest Mccheta. To starożytna stolica Gruzji. Pełna zabytkowej architektury, utrzymana w nieco antycznym stylu przywodzi na myśl czasy Cesarstwa Rzymskiego. Pełno tu luksusowych willi, jej położenie- tuż obok stolicy- sprawia, że dziś w Mchcecie bogaci obywatele Tbilisi budują swoje dacze.

W Mcchecie spotykamy znajomych turystów z Mestii, Gruzja to na tyle mały kraj, że zwiedzający go często na siebie wpadają. Razem czekamy na Marka, który ma do nas dołączyć. Marek jest studentem informatyki, planował samotną podróż przez Turcję, ale z uwagi na aktualne wydarzenia (przewrót wojskowy tamże), zdecydował się na podróż do Gruzji. Przyleciał do Kutaisi trzy dni przed nami i jechał tą samą trasą. Przez całą drogę praktycznie deptaliśmy mu po piętach. Skontaktował się z nami przez Internet i od tej pory kontynuujemy podróż wspólnie.

Zwiedzanie Tbilisi na rowerze nie należy do przyjemności

Naszym pierwszym wspólnym celem jest stolica. Jednak nie będę tu rozpisywał się na temat Tbilisi, jego historii i miejsc wartych odwiedzenia. Kto próbował jeździć po stolicy rowerem, ten zrozumie, dlaczego- zwiedzanie Tbilisi na dwóch kołach, to prawdziwa udręka. Szerokie ulice, zapełnione samochodami, ruch zgiełk, chaos. I ukształtowanie terenu- ciągle pod górkę i z górki, pod górkę i z górki. Można mieć dość. Z tego prozaicznego powodu Tbilisi interesuje nas tylko pod jednym względem- można zakupić tu rzeczy, które w Gruzji są prawdziwym rarytasem. W moim przypadku są to kartusze gazowe, okulary przeciwsłoneczne (poprzednie zwiało mi z głowy w Uplistsikhe, a w tutejszych warunkach, gdzie kurz i pył daje po oczach, jazda bez okularów jest praktycznie niemożliwa) i stopkę do roweru (stara się połamała). Wszystko kupuję w rozrzuconych po okolicy sklepach sportowych. Za duże kartusze MSR (450 ml) dajemy po 30 lari, okulary kosztowały małą fortunę (50 lari!), ale mają wymienne szkła, a stopka została wyprodukowana przez polską firmę Kross. Po zdobyciu niezbędnego ekwipunku ewakuujemy się ponownie do Mcchety, gdzie czeka nas nocleg. Marek wypatrzył tu opuszczony hotel, idealne miejsce na rozbicie obozu. W końcu i nam należy się odrobina luksusu. Może nie ma tu drzwi i okien, a na podłogach leży pełno gruzu, ale to i tak miła odmiana. W końcu to nasz pierwszy nocleg pod dachem.

Rankiem czeka nas spotkanie z miejscowymi: grupka kilku chłopa, pracowników pobliskiej budowy, zagradza nam wyjście z garażu. Dopytują się- co my za jedni i skąd jesteśmy– pewnie wzięli nas za ruskich. Hasło: Polsza, Lech Kaczyński ratuje nas z opresji. Twarze przybyszów rozpogadzają się i zaczynają z nami gawędzić. Gruzini lubią Polaków, a Kaczyńskiemu wciąż wdzięczni są za interwencję podczas wojny rosyjsko –gruzińskiej. Trzy magiczne słowa otwierają tutaj wiele drzwi.

Rankiem opuszczamy nasz hotel i udajemy się w kierunku północnym. Wjeżdżamy na Gruzińską Drogę Wojenną…

Czy post był pomocny?

Kliknij gwiazdkę, by ocenić.

Średnia ocena / 5. Liczba głosów:

Udostępnij Post:

Share on facebook
Facebook
Share on google
Google+
Share on twitter
Twitter
Share on email
Email
Artur Bowsza

Artur Bowsza

Czołem! Jestem twórcą serwisu Życie w Namiocie. Jeżeli podobają Ci się moje teksty, koniecznie zajrzyj tu jeszcze kiedyś. A jeśli pragniesz znaleźć więcej ludzi dzielących pasję do podróży, dołącz do naszej gupy na facebooku:

Podróże i Przygoda

2 Replies to “Gruzińskie Drogi”

    1. Heh, ogólnie większość się zgadza, a co do hamowania przed krową czy świnią, to trochę przesadziłem, wiadomo, że każdy zwalnia.
      Ale już bezpański kundel sam musi zatroszczyć się o to żeby uciec spod kół 😉
      Również życzę wszystkiego dobrego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Życie w Namiocie logo

Jeżeli uważasz, że ze wszystkich potraw najlepiej smakuje przygoda, a serce bije Ci mocniej na myśl o kolejnej podróży w nieznane, Życie w Namiocie to miejsce dla Ciebie!

Najnowsze Wpisy

Filmy

Marin Four Corners - wideorecenzja Stojak serwisowy z Lidla - wideorecenzja

Życie w Namiocie na Facebooku