Bułgaria i Wraczański Bałkan

Z Rumunii do Bułgarii można przeprawić się przez Dunaj promem z Bechetu. Przeprawa kosztuje- o ile pamięć mnie nie myli- 4 Euro.

Wygląda na to, że jesteśmy jedynymi pasażerami w ten słoneczny dzień. Wjeżdżamy na pokład i czekamy. Stara krypa pamięta pewnie jeszcze ubiegłe millenium, a czas nie był dla niej łaskawy. Wszystkie dodatkowe elementy: kajuty, barierki, drabiny,  pomalowano pierwotnie na kolor śnieżnobiały. Przez lata, pod wpływem palącego południowego słońca pożółkły, a wszędzie tam, gdzie uszkodzeniu uległ lakier, pojawiły się rude ogniska rdzy. Na nabrzeżu czeka samotna ciężarówka, jednak nie wjeżdża na łódź. Wkrótce pojawia się kapitan i daje sygnał, że będziemy ruszać. W rytm terkoczącego silnika prom leniwie sunie po gładkiej powierzchni Dunaju, by przybić do nabrzeża w Orjachowie. Tutaj zaczyna się Bułgaria.

Orjachowo, miasto-widmo

Przerdzewiała klapa łajby otwiera się z głośnym skrzypieniem i pozwala nam opuścić pokład. Wjeżdżamy do miasta duchów: jadąc wąską drogą pod górę, bezskutecznie wypatrujemy jakichkolwiek oznak życia. Nabrzeżna część miasteczka wydaje się opuszczona. Wzdłuż drogi ciągną się rzędy zaniedbanych i zapomnianych budynków, powoli popadających w ruinę. Wśród nich w oczy rzuca się, ziejący pustką z pozbawionych szyb otworów okiennych, szary, betonowy blok: Hotel Europa. Obok porzuconego, lub- co bardziej prawdopodobne- nigdy nieukończonego budynku, znajduje się budka, a koło niej ochroniarz (czego on pilnuje?). Pierwszy człowiek, sygnalizujący, że Orjachowo ciągle jest zamieszkane.  Za zakrętem drogi naszych uszu dobiega muzyka, sącząca się z otwartego okna w bloku, wkrótce też dostrzegamy pojedynczych przechodniów. Wygląda na to, że miasto żyje. Niestety bankomatu brak.

Bułgaria wita

Bułgaria to taki kamień milowy naszej podróży, coś się kończy, coś się zaczyna. Wszechobecna cyrylica sygnalizuje, że oto wkraczamy w krąg kultury bizantyńskiej. Krajobrazy (o których jeszcze wspomnę) też są trochę inne niż na Rumunii. Tutaj na dobre zaczynają się Bałkany. Bułgaria to także ostatni kraj, w którym występują Lidle i Kauflandy. Może wydawać się to zabawne, ale, mimo że zakupy w małych, lokalnych sklepikach mają swój klimat, dyskonty stanowią trudne do zastąpienia miejsce uzupełniania zapasów prowiantu. W marketach wszystko jest na miejscu, a prowadzą do nich znaki widoczne w miastach już z daleka. Ponadto towary są oznaczone ceną (co w małych sklepach często nie ma miejsca), więc nikt nie próbuje nas oszwabić (co w małych sklepikach często ma miejsce). Postoje przy Kauflandzie stanowiły do tej pory nieodłączny element każdego dnia naszej podróży, w Macedonii, czy Albanii będzie brakować nam wpływów gospodarki niemieckiej. Wracając do małych sklepików, warto wiedzieć, że tutaj odwrotnie odczytuje się gesty potakiwania i zaprzeczania: kręcimy głową na tak, natomiast kiwanie oznacza nie. Pamiętając o tym łatwo się przyzwyczaić, jednak czasem panie w sklepach, widząc, że mają do czynienia z zagranicznymi turystami, przestawiają się na standardowy tryb europejski i wprowadzają w ten sposób dodatkowe zamieszanie.

Wraczański Bałkan

Mapa parku narodowego Wraczański Bałkan w Bułgarii
Mapa parku narodowego Wraczański Bałkan w Bułgarii (Kliknij tutaj aby przejść do Map Google)

 

Większości Polaków Bułgaria kojarzy się głównie z Morzem Czarnym i miejscowościami takimi jak Warna czy Burgas. My jednak przeprawialiśmy się przez góry na zachodnich krańcach kraju. Tutaj natrafiamy na miejsce, które całkowicie nas zaskoczyło i zachwyciło swoją urodą. W pobliżu miejscowości, o wdzięcznej nazwie Wraca, rozpościera się największy park narodowy Bułgarii: Wraczańsaki Bałkan. Docieramy w to miejsce już wieczorem, poszukując miejsca na nocleg. Obóz rozbijamy na jednej z górskich polan, pachnącej intensywnie ziołami. Ten sam zapach czułem co dzień podczas pobytu na Czatyr-Dahu. Przygotowując kolację, podziwiamy pioruny błyskające raz po raz, w oddali, na zachmurzonym niebie. Na szczęście burza przechodzi bokiem, pozwalając nam w spokoju raczyć się kolacją. Rankiem podziwiamy niezwykłą grę światła, kiedy promienie wschodzącego słońca załamują się w kroplach wody unoszącej się w porannej mgle.

Piękno Bułgarskiej przyrody

Góry nie są tak wysokie jak Fogarasy, jednak mają w sobie wiele uroku. Pedałując szutrowymi ścieżkami, mijamy pojedyncze osoby, mężczyznę z koniem, pasterzy , grupkę turystów. Nasza rowerowa karawana rozdziela się trochę, w pewnym momencie szczekanie psów zwraca moją uwagę na scenę, która rozgrywa się daleko z przodu: Kaludiusz z Marcinem zostają przyblokowani przez grupę psów pasterskich, które nie zamierzają przepuścić ich dalej. Gdy dojeżdżam na miejsce, rozwój sytuacji nie postąpił ani na krok- wszyscy czekamy a psy nie mają najmniejszej ochoty ustąpić. W końcu, niewiele myśląc, rozpędzam się i kieruję rower wprost na kudłatych adwersarzy. Z dzikim okrzykiem na ustach, którego nie wypada przytaczać w tekście, a który nakazywał psom niezwłoczne oddalenie się w dowolnym kierunku, toruję drogę, a reszta towarzystwa podąża za mną. Więcej nie mieliśmy podobnych przygód. Dalej, przy drodze, napotykamy elegancką, drewnianą budkę dla turystów, w której można od biedy spędzić noc.

Czy to Bułgaria, czy Boliwia?

Choć te górskie klimaty mają w sobie wiele uroku, Bałkan największe wrażenie robi na nas później, kiedy powracamy na asfaltową drogę. Wije się ona wzdłuż poprzecinanych wąwozami górskich zboczy, a ciepły klimat sprawia, że zbocza te porośnięte są liściastą roślinnością. Te piękne widoki przywodzą na myśl Amerykę Południową. Jedziemy doliną wzdłuż rwącej, górskiej rzeki, w jednym miejsc przerzucono nad nią most linowy. Zieleń jest tutaj bardzo intensywna, co w połączeniu z jasnymi skałami oświetlonymi słońcem daje krajobraz podobny do Ojcowskiego Parku Narodowego.

Como estais amigos?

Tyle że tutaj jest bardziej egzotycznie, a wrażenie podróży przez Boliwię, czy inną Panamę powraca, kiedy napotykamy małą, położoną przy drodze knajpę, nieco zaniedbaną, z szarym, betonowym ogródkiem, skrytym w cieniu gęstej roślinności. Tuż obok, z donośnym pluskiem rozbija się o skały niewielki wodospad. Brakuje tylko, aby na czerwonym, plastikowym krześle przy stoliku, siedział wąsaty jegomość o osmalonej słońcem twarzy. Sącząc tequilę z niedomytej szklanki i popalając fajkę, skierowałby na nas swoje spojrzenie i zapytał ochrypłym głosem Como estais, amigos? Ale krzesło jest puste, to jednak ciągle Bułgaria.

Czy post był pomocny?

Kliknij gwiazdkę, by ocenić.

Średnia ocena / 5. Liczba głosów:

Udostępnij Post:

Share on facebook
Facebook
Share on google
Google+
Share on twitter
Twitter
Share on email
Email
Artur Bowsza

Artur Bowsza

Czołem! Jestem twórcą serwisu Życie w Namiocie. Jeżeli podobają Ci się moje teksty, koniecznie zajrzyj tu jeszcze kiedyś. A jeśli pragniesz znaleźć więcej ludzi dzielących pasję do podróży, dołącz do naszej gupy na facebooku:

Podróże i Przygoda

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Życie w Namiocie logo

Jeżeli uważasz, że ze wszystkich potraw najlepiej smakuje przygoda, a serce bije Ci mocniej na myśl o kolejnej podróży w nieznane, Życie w Namiocie to miejsce dla Ciebie!

Najnowsze Wpisy

Filmy

Marin Four Corners - wideorecenzja Stojak serwisowy z Lidla - wideorecenzja

Życie w Namiocie na Facebooku